Szukaj

Wpisy z tagiem
życiówka

Jak uwierzyć w siebie: trening i zawody

„Haha, nie dam rady zrobić tego treningu. Dodam sobie 15 sekund na kilometr”, „Nie złamię 50. minut na dychę”, „Zrobię o jedną serię przysiadów mniej” albo „Wezmę mniejsze obciążenie” – przyznaj się, znasz to dobrze. Ja aż za dobrze. I choć lubię wyzwania i mało rzeczy podnieca mnie równie mocno co ambitne cele, wciąż nie wierzę we własne możliwości, gdy wychodzę na trudny trening lub startuję w zawodach i wiem, że ty też masz z tym problem. Hmmm… i teraz tak: mam ci udzielać rad, skoro sama zmagam się z tym problemem? Dlatego nie udzielam, ale podzielę się kilkoma patentami, które na mnie działają jak zbawienie. Spróbuj. CZYTAJ WIĘCEJ

Kibic: legalny doping

Zazwyczaj robię wszystko na opak. Kiedy ludzie tłumnie jadą na jedne zawody, ja jadę na inne. Nie przez złośliwość, nie dlatego, że jestem taka fajna, oryginalna i “brzydzę się mainstreamem”. Po prostu tak wychodzi. I choć od dziecka lubiłam przewodzić grupą, ustalać zasady gry, wydzielać zadania to unikam tłumów i jestem nieśmiała. Ponad ilość zawsze stawiam jakość. Wolę jednego przyjaciela od setki znajomych. Jednego prawdziwego kibica, który zdziera dla mnie gardło, od tysięcy przypadkowych. I takim kibicem jest moja mama, ale nie tylko dla mnie, dla wielu. “Johan, brawo, brawo!” – krzyczała, kiedy poleciałyśmy razem do Hamburga na maraton, w którym ja w końcu pobiec nie mogłam. Wyciągnęła z torebki okulary, wyczytywała z numerów startowych imiona, żeby było im raźniej, żeby wiedzieli, że kibicuje każdemu z nich z osobna, a nie ogólnie wszystkim. Uśmiechali się, machali, wracali do życia. Ci, którzy przeszli do marszu, raptem zaczynali truchtać. “Chodź, staniemy na jakimś 30 kilometrze, bo tam zawsze jest najgorzej” zarządziła, chociaż sama nie biega. I niby skąd ona wie, gdzie jest najgorzej, jak krzyczeć, by pomóc? A jednak pomaga najskuteczniej, bo robi to ze szczerego serca. I właśnie dzisiaj, a nie w dzień matki, zupełnie na opak, postanowiłam o niej napisać. Zobaczyłam to zdjęcie i musiałam, bo warto doceniać ludzi, którzy nam kibicują, wspierają, wierzą w nas, kiedy wszyscy inni zwątpili, nawet my sami.

mama

“Rób to, co Ty uważasz za słuszne”- zawsze mi powtarza i wiem, że to nie jest przejaw focha na zasadzie “Rób jak uważasz, ale ja bym chciała…” tylko zupełnie szczera odpowiedź, bo właśnie ta szczerość to coś, za co ludzie ją kochają. Ja też. I nie ma nic lepszego niż taki prawdziwy kibic z krwi i kości, który czeka na Ciebie na trasie. “Maciek, dasz radę. Jeszcze tylko 5 kilometrów!” – krzyczała na Maratonie Orlenu do ludzi, których widziała na oczy po raz pierwszy. I kibicowała im przez dwie godziny, mimo tego, że ja nie startowałam w tych zawodach.

Mamy wokół siebie ludzi, którzy kibicują nam tak wiernie na zawodach, w pracy, w życiu osobistym. Pomagają nam się podnieść, gdy jest źle, dodają odwagi, gdy boimy się podjąć odważne decyzje, rozmawiają, przytulają, śmieją się z nami i płaczą. Czasem zapominamy o tym, że nasz sukces w ogromnej części zawdzięczamy właśnie im. Skupiamy się na sobie, gdy przeżywamy porażkę, świętujemy, gdy odniesiemy sukces, a nasi “życiowi kibice”, bo nie tylko o sporcie mowa, schodzą na drugi plan. Dlatego dziś chciałam wysunąć jednego z nich na plan pierwszy i mam nadzieję, że zrobicie ze swoim kibicem to samo:

Mamo, w imieniu wszystkich biegaczy jakich znam i również tych Johanów, Helmutów i innych, których nie znam – bardzo Ci dziękuję!

z mama

 

Postanowienie noworoczne: Rób to, co kochasz

Kiedy kobieta idzie do zaprzyjaźnionego fryzjera, zwykle zaczynają się poważne rozmowy: o pracy, o miłości, o marzeniach – po prostu rozmowy o życiu. Mój fryzjer wczoraj śmiał się z tego, że jego biegający klienci kojarzą Pannę Annę:
– To niesamowite, że w dwa lata udało Ci się zrobić tak wiele – powiedział wymachując nożyczkami. Rozejrzałam się dookoła. Salon jak zwykle pęka w szwach. Do tego panuje tam tak przyjazna atmosfera, że nawet jeśli zdarzy mi się mały skok w bok, to zawsze wracam. I tak już od kilku lat.
– Ale Tobie udało się zrobić dokładnie to samo – skwitowałam. Tak, bo jakiś czas temu odważył się podążać za marzeniami. I właśnie o tym będzie dzisiejszy wpis.

biale

Pomyślałam, że zamiast gadać o postanowieniach noworocznych, w których wytrwamy przez kilka tygodni, lepiej pomyśleć o tym, co zrobić, by być szczęśliwym jak najdłużej. Podzielę się moją receptą, bo może i dla Was okaże się skuteczna. Zasady są proste i dotyczą każdej sfery życia: warto się ich trzymać zarówno wtedy, kiedy podejmujemy decyzje zawodowe, jak i wtedy, gdy decydujemy się na prowadzenie bardziej aktywnego trybu życia. Moim zdaniem nawet w uczuciach warto wiedzieć, czego chcemy, czego potrzebujemy, co daje nam szczęście i do tego dążyć, ale nie o tym jest ten blog 😉 Wróćmy do sportu i do pasji.

przez okno

Myślę, że możesz zrobić wszystko, jeśli spełniasz trzy warunki:
1. Po pierwsze i najważniejsze: wiesz, czego chcesz
2. Po drugie: robisz to z pełnym przekonaniem, z całego serca, to Twoja pasja, którą czujesz
3. Po trzecie: jesteś bardzo pracowity

Ok, w życiu zawodowym faktycznie widać sens takiego działania, ale jak to się ma do sportu? Jak piernik do wiatraka? O nie!

Wiesz, czego chcesz
Z tym zazwyczaj mamy największy problem. Żeby wiedzieć, czego tak naprawdę chcemy, nie powinniśmy wytyczać sobie postanowień tylko wyznaczać konkretne, ambitne, ale realne cele.

z wojtkiem folia

 

Ja robię to cały czas: raz będzie to maraton, innym razem ekstremalne wyzwanie (tak będzie za chwilę), a jeszcze innym powrót do formy po kontuzji (jak u mnie teraz) albo życiówka na dyszkę. I wiadomo, nie chodzi o to, żeby się napinać i całe życie temu podporządkowywać. Chodzi tylko o to, że dużo łatwiej będzie Ci wyjść na trening, kiedy gdzieś tam z tyłu głowy będziesz widział siebie wbiegającego na metę maratonu, odbierającego medal w górach, czy pijącego szampana za kolejną życiówkę (na mnie działa najbardziej skutecznie ten ostatni punkt ;).

szampan

Motywacja jest najważniejsza
Okazuje się, że to właśnie motywacja jest jednym z najważniejszych czynników. W znacznej mierze, to od niej zależy, czy będziemy robić to regularnie, nie odpuścimy łatwo, nie zniechęcimy się, nie poddamy.
Jak gadasz o tym bieganiu, to masz błysk w oku – usłyszałam nie raz i nie dwa. I właśnie o ten błysk i te „ciary” chodzi. Kiedy oglądam zdjęcia czy filmiki z zawodów, na które się zapisuję, czuję, że mam gęsią skórkę. Śmieję się do monitora, zaczynam tańczyć, kiedy uda mi się zapisać: to jest prawdziwa, szczera radość. Jeśli motywacją jest pasja, jeśli robienie czegoś sprawia nam prawdziwą przyjemność (jasne, pojedyncze treningi bolą, ale satysfakcja „po” wynagradza wszystkie bóle i niedogodności) to szanse na to, że się nie poddamy i nie wymienimy treningu na telewizor, piwo, czy kino są bardzo duże.

zdj?cie-9

Gorzej, gdy uprawiamy dany sport tylko dlatego, że „ktoś powiedział, że to właśnie dzięki bieganiu mogę najszybciej schudnąć”. Jeśli wolisz taniec, zajęcia grupowe w klubie fitness, czy spinning to lepiej wybrać tę dyscyplinę, która sprawia ci autentyczną przyjemność. W przeciwnym wypadku schudniesz i co, przestaniesz biegać? Poza tym o każdym treningu będziesz myśleć w kategoriach: „Muszę iść pobiegać. Mam do zrzucenia jeszcze 5 kg”. A to nie o to chodzi. Chodzi o to, by trening sprawiał przyjemność, był odskocznią od codzienności, pomagał rozładować napięcie, a wymarzona sylwetka pojawiła się jako dodatek. Z takim podejściem dużo łatwiej będzie trenować regularnie. Owszem, znam wiele osób (chyba nawet większość moich trenujących znajomych?), które zaczęły biegać po to, by pozbyć się kilku kilogramów, a teraz nie mogą bez tego żyć. Dlatego nie mówię, że to zły cel, ja też potrzebowałam wiele czasu na to, by zakochać się w bieganiu, ale wówczas motywacja się zmienia. Zaczyna się od „chcę schudnąć”, albo „chcę być w formie”, a kończy na „bo kocham to robić”. Zanim jednak ostatecznie zdecydujesz czy to kochasz, czy nie, warto dać sobie czas, warto spróbować i nie zakładać z góry: „bieganie nie jest dla mnie, nie lubię tego”, bo ja też nie lubiłam:)

leze w trawie

Ciężka praca popłaca
No i ostatni punkt, bez którego nie da się w życiu niczego osiągnąć, chyba, że mamy wyjątkowy fart albo urodziliśmy się w odpowiednim domu, o odpowiedniej porze: na sukces trzeba zapracować. Nikt nie przyszedł do mnie do domu, nie zapukał i nie powiedział: Pani Aniu, może chciałaby Pani coś dla nas zrobić? Tak też jest z treningami. Czasem trzeba będzie z czegoś zrezygnować: zamiast iść na imprezę, położyć się wcześniej, ale oczywiście wszystko z głową. Znacie już na tyle wesołą filozofię Panny Anny: wykluczam całkowitą rezygnację z innych aspektów życia. Grunt to równowaga. Jeśli ciągle będziemy mieć poczucie, że z czegoś rezygnujemy, spadnie nam motywacja i po jakimś czasie odechce nam się trenować, a przecież sport jest przyjemny! Innym razem trzeba będzie zrealizować trening, który nie należy do naszych ulubionych: ja np. najbardziej boję się wszystkiego związanego z wytrzymałością tempową (np. 10 razy 1km). Jednak jest cel, jest motywacja to i siła i chęć się znajdą. A jaka później będzie satysfakcja na mecie? Zawsze o tym pomyśl, będzie łatwiej!

Powodzenia!