Szukaj

Wpisy z tagiem
Włochy

Półmaraton w Jesolo: będę żyła, wracam do treningów!

Na kilka godzin przed startem zmieniłam strategię: postanowiłam zaufać swojemu instynktowi: w końcu kto zna lepiej moje ciało i organizm niż ja sama? “Zacznij spokojnie, zobacz jak się czujesz i pobiegnij szybciej, może nawet bez przerw na marsz” podpowiedziało mi kilka zaufanych osób, ale ja i tak wiedziałam, że największe zaufanie mam do siebie samej.

Jestem ambitna, ale twardo stąpam po ziemi. Nie wyznaczam sobie celów, których nie mogę zrealizować. Obserwuję, analizuję i kalkuluję. To nie znaczy, że nie biorę się za rzeczy trudne, owszem, tylko w tym wypadku wyznaczam plan działania i wybieram metodę małych kroków. Kiedy wiesz czego chcesz i zamiast marzyć, zastanawiasz się, co zrobić, by to marzenie stało się rzeczywistością, wprowadzasz plan. Taki jest mój pomysł na życie i to robię. To już wiesz dlaczego często się uśmiecham 🙂

10257250_10203561722270937_4181269273282235886_o

Podobnie zrobiłam wczoraj: półmaraton w Jesolo (Moonlight Halfmarathon) był dla mnie właśnie takim małym (choć w rzeczywistości wielkim) krokiem pomiędzy kontuzją, rehabilitacją, powolnym truchtaniem i stopniowym powrotem do biegania, a powrotem do treningów. Żeby było bezpiecznie, chciałam pobiec powoli, a nawet skusić się na marszobieg. Ale na kilka godzin przed startem poczułam, że to jest to, że już jest po kontuzji. Nie umiem tego wytłumaczyć, nie umiem wyjaśnić, Po prostu siedziałam nad kanałem w Wenecji, jadłam pyszną focaccię z tuńczykiem, cieszyłam się chwilą i poczułam to. Tak samo poczułam się ostatniego dnia w Hamburgu, kiedy siedziałam w parku, spojrzałam na mamę i ni z tego, ni z owego powiedziałam: “Już mogę zacząć truchtać, wiesz?”. Ale nie zaczęłam, dzień później poszłam do Ewy Witek-Piotrowskiej do Ortorehu, żeby mnie zbadała i usłyszałam: “Jutro możesz iść się przebiec”. Przypadek? Cholera, naprawdę już czuję swoje ciało!

Hamburg rower

W Hamburgu ciężko było nie biegać w takich okolicznościach przyrody.

“Będziesz wiedziała jak pobiec, nie planuj” – powiedział do mnie podczas wspólnej rozgrzewki i rozciągania Kamil, którego poznałam przed startem. Dzięki temu, że mam polski napis na plecach, wypatrzył mnie w tłumie I podszedł. Okazało się, że dwa razy miał tę samą kontuzję, co ja. Trudno o lepszego kompana przed zawodami. “Nie masz wrażenia, że to się wie od początku? Praktycznie po pierwszych dwóch, trzech kilometrach wiem, czy będzie życiówka, czy będzie dobry bieg, czy coś pójdzie nie tak” – podzieliłam się swoimi obserwacjami i okazało się, że nie tylko ja tak mam. I dlatego wczoraj zaufałam swojemu organizmowi. I dobrze, bo dzięki temu testowi wiem, na czym stoję. Jaką lekcję wyniosłam z wczorajszego biegu? Już mówię!

Wyluzuj i ciesz się tym, że biegasz! 

Przyznaję, może nie podchodziłam aż tak na serio do zawodów, jak niektórzy moim znajomi (liczenie węglowodanów w gramach, leżenie ze skarpetami kompresyjnymi I inne takie), bo za dużo rzeczy robię w życiu, by wszystko podporządkować pod start, ale stresowałam się. Miałam w głowie wynik, na jaki chcę biec i ciągle liczyłam, czy dam radę, obmyślałam jaką strategię przyjąć. Wczoraj totalnie nie myślałam o biegu. Z samego rana popłynęłam tramwajem wodnym do Wenecji i wbrew temu, co się mówi o tym mieście, spędziłam tam fantastyczny dzień. Nie podziwiałam atrakcji turystycznych, nie oglądałam wystaw sklepowych w wąskich uliczkach (choć są urocze) tylko poszłam oglądać zawody studentów Ca Foscari University of Venice, którzy ścigali się (różne wydziały) między sobą podczas 3rd Dragon Boat Cup.

10380250_10203561727151059_4041803418326669485_o

Później wbiłam się w jedną z uliczek i postanowiłam uzupełnić węglowodany przed biegiem w plenerze, a nie w restauracji. Tyle dobrego jedzenia, że ciężko było wybrać, ale padło na foccacię z tuńczykiem, znalazłam sobie spokojne miejsce nad kanałem i w pięknych okolicznościach przyrody zjadłam. To był tak piękny dzień, że zapomniałam o teście, strategii, po prostu cieszyłam się każdą chwilą.

10258673_10203561730671147_2638993633705027578_o

Z takim nastawieniem pojechałam na start i z takim samym pobiegłam. Zrobiłam sobie zabawę biegową: gdy miałam na to ochotę, biegłam szybciej, gdy chciałam chwilę odpocząć, robiłam to. Nie obchodziło mnie tempo, czas, patrzyłam na ludzi, podziwiałam widoki. Wystartowaliśmy o 20.00, gdy było jeszcze jasno. Pierwsze kilometry biegliśmy tuż nad wodą. Z uśmiechem na twarzy leciałam przed siebie i przeżywałam każdą sekundę: Biegnę w tak pięknym miejscu i nic mnie nie boli! Każdy, kto przeżył kontuzję, wie, jak się czułam – najlepiej na świecie! Jak ktoś, kto właśnie wygrał w totka. Przy punktach odżywczych mogłam zatrzymać się, by chwycić wodę, było po prostu na luzie: mogłam robić wszystko, co tylko chcę.

1921115_10203561723510968_5610307571895875491_o

Czas dla siebie, czyli samemu jest dobrze!

Często sama jeżdżę na zawody, ale na zagraniczny bieg nigdy mi się nie zdarzyło. Do teraz. Wniosek? Jest super! Niczego się nie bój. Wreszcie można odpocząć, bo nie musisz się do nikogo dostosowywać, w 100% spędzasz czas tak, jak chcesz. Ale z kim rozmawiać przed startem i z kim świętować? Nie martw się, biegacze to fajni ludzie i zawsze kogoś poznasz.

Cristina, Marco, amerykanka, która też przyjechała sama – było z kim rozmawiać. Tak jak wspominałam, jeszcze przed startem poznałam Kamila, który rok temu przeprowadził się do Włoch. Posiedzieliśmy nad wodą, porozmawialiśmy o paśmie biodrowo-piszczelowym i o życiu – jak to biegacz z biegaczem. Szybszy ode mnie, więc na start poszłam sama. Tam znalazła mnie Monika, która we Włoszech mieszka od 10 lat. To był jej pierwszy start w ogóle. “Nie staranują nas? Nigdy wcześniej nie brałam udziału w zawodach” – zapytała tuż przed startem. Jako Panna Anna poczułam się zobowiązana, by ją spokoić i dać kolejną radę:

Zacznij powoli

W przypadku półmaratonu w Jesolo nawet trudno byłoby zacząć szybko, bo przez pierwsze dwa kilometry na trasie było bardzo tłoczno. Później już można było odnaleźć własny rytm. Ponieważ tym razem urządziłam sobie zabawę biegową, po dwóch kilometrach przyspieszyłam: chciałam zobaczyć, jak będę się czuć, czy dyskomfort, który jednak towarzyszył mi podczas treningów, będzie odczuwalny. I nic! Cud! Kompletnie nic nie czułam! Biegło się lekko, przyjemnie, dlatego zaufałam własnemu instynktowi i przyspieszyłam. Ale moja sytuacja była wyjątkowa. Jeśli mogę coś poradzić, to spokojny start I stopniowe przyspieszanie, kiedy czujesz, że masz siłę i chęć. Nic nie działa lepiej na samopoczucie, niż moment, kiedy na końcu możesz wyprzedzać!

2014-05-25 10.00.05

Tak wyglądały dwa ostanie kilometry trasy tyle, że za dnia. Bardzo przyjemnie i dużo kibiców.

Pływanie pomaga!

Na trasie wielokrotnie zwalniałam, ponieważ moje ostatnie dłuższe wybieganie zrobiłam 13 kwietnia podczas nieszczęśliwego dla mnie maratonu Orlenu, kiedy to już na dobre dopadło mnie pasmo biodrowo-piszczelowe.  Poza kontuzją, po której należy ostrożnie wracać do biegania, nie wiedziałam jak z moją wydolnością. W końcu nie biegałam przez miesiąc, a ostatnie trzy tygodnie były naprawdę spokojne. Wychodziłam na krótkie i dość delikatne przebieżki. I co się okazało? Że nie jest tak źle. Pokonałam na spokojnie, na pełnym luzie półmaraton w 1:48:56, czyli bardzo podobnie jak moją pierwszą połówkę 2 lata temu. (przypominam, że moja ostatnia życiówka z Pragi to 1:40:10 więc dla mnie było to dużo wolniej). Tyle, że na metę dobiegłam w ogóle nie zmęczona, czułam tylko rozpalone uda, które błagały mnie o to, by je schodzić, bo od dawna nie miały takiego wycisku. Niestety polałam je na 10 kilometrze wodą i rada: nie rób tego! Takie sposoby to gwarantowane otarcia, o czym kompletnie zapomniałam z tej całej ekscytacji, że nie boli. Okazało się, że pływanie oraz inne treningi, na które mogłam chodzić podczas kontuzji, pomogły, bo wydolnościowo czułam się bardzo w porządku! Tylko ten nieszczęsny brzuch…

jesolo z medalem

Ostrożnie z jedzeniem przed startem

I już ostatnie moje spostrzeżenie – obiecuję! Jak wiecie zwykle biegam rano, jeśli trening nie przekracza 90 minut lub nie jest bardzo intensywny, biegam na czczo (konsultowałam to z wieloma dietetykami, trenerami i najlepszymi zawodnikami – dobre rozwiązanie). Przed startem jem coś sprawdzonego, najczęściej słynne śniadanie biegacza: bułka z dżemem lub miodem. Jednak podczas biegu wieczornego jadłam przez cały dzień I najwyraźniej ta pyszna focaccia byłaby lepsza, gdybym zjadła ją dzień wcześniej. Asekuracyjnie wzięłam jeszcze żel (na 14km), bo wiedziałam, że od dawna nie biegałam mocniej i dłużej, no i niestety zaczęły się problemy żołądkowe. Gdyby było gdzie się zatrzymać, na pewno bym to zrobiła, ale nie było takiej możliwości więc zwalniałam, przyspieszałam, by znaleźć najbardziej komfortowe tempo. Miałam siłę i chęć finiszować, ale powiem szczerze: bałam się J Wiadomo o co chodzi także na tym poprzestanę!

10333567_10203561727831076_6103689907222979140_o

I tak było warto zjeść te focaccię – pycha!

Reasumując: wrzuć na luz, ciesz się bieganie, podziwiaj, poznawaj ludzi, nowe miejsca i słuchaj swojego ciała. To recepta na zdrowe i szczęśliwe podejście. Ja chyba nigdy tak dobrze się nie czułam jak teraz! Idę na godzinkę na plażę zanim się spakuję. W koncu Włochy, więc po pracowitym poranku Dolce far niente się należy!

Południowy Tyrol: jedz, biegaj i śmiej się do bólu!

Malownicze krajobrazy, które pozwalają nabrać dystansu do problemów życia codziennego i biegać w pięknych okolicznościach przyrody, organiczne jedzenie prosto od farmerów, smaczne wino i idealne towarzystwo. Kilka dni pozwoliło mi naładować baterię na długo.

Oprócz biegania kocham podróże. Kiedy zbyt długo nie mogę się nigdzie ruszyć, mam podcięte skrzydła. Czuję się tak, jakbym utknęła w martwym punkcie bez wyjścia. Kilka lat temu wręcz wymyśliłam sobie metodę: gdy wracasz z jednego wyjazdu, od razu zaplanuj kolejny, by zawsze mieć taki punkt odniesienia w przyszłości. Dlaczego? Moim zdaniem w żadnych innych okolicznościach przyrody nie możemy w tak krótkim czasie nauczyć się tak wiele, jak podczas oderwania się od domu i otoczenia, które dobrze znamy. I nie mówię tutaj o wakacjach all inclusive, gdzie leżysz na leżaczku z drinkiem w ręku i odwiedzasz typowo turystyczne miejsca (choć i na takim wyjeździe można sobie zorganizować wypad w nieznane) tylko zaplanowany na własną rękę wyjazd, gdzie można podejrzeć jak żyją ludzie w innych zakątkach świata. Ale nie martwcie się. Nie będzie za dużo filozofowania. Będzie o bieganiu, jedzeniu i luzie psychicznym, który przyda się na treningi i na zawody 🙂

Tyrol widok

W zeszłym tygodniu spędziłam kilka dni w Południowym Tyrolu, a konkretnie w jego włoskiej części w okolicach Bolzano. Cel wyprawy? Zwiedzić farmy agroturystyczne, które należą do federacji Roter Hahn. Efekt? Nabrałam dystansu do wszystkiego, wyluzowałam się i dlatego postanowiłam napisać na ten temat kilka słów.

Jedz naturalnie!

Południowy Tyrol słynie przede wszystkim z dobrego jedzenia. Można tutaj znaleźć mnóstwo klimatycznych restauracji i knajpek, w których serwuje się regionalne przysmaki. Ze względu na naleciałości z Włoch i Austrii kuchnia jest dość nietypowa, ale ciężka. Można zjeść ponad 50 rodzajów pierogów i knedli! Na słodko, na słono, z mięsem, z serem, z warzywami – kto, co lubi. Wszystkie dania przygotowywane są na miejscu i skomponowane tak, by w jak najmniejszym stopniu używać składników, które nie pochodzą bezpośrednio z farmy właściciela, czy jego sąsiadów (w każdym roku jest to kontrolowane). Nawet desery, takie jak lody, robi się na miejscu z tamtejszego mleka. Tę świeżość czuć z każdym kęsem. Ale nie to mnie zachwyciło, tylko produkty. Sery, wędliny, warzywa, owoce (szczególnie jabłka, z których słynie cały region), soki, przetwory – wszystko wytwarzane na miejscu, bez konserwantów.  Zwiedzanie farm rozpoczęłam od przyglądania się temu, jak wytwarzane są sery. Wycieczka zakończona była oczywiście taką oto degustacją:

Tyrol kiełbaski

Potem przyszedł czas na wspomniane knedle (moim zdaniem te ze szpinakiem smakują najlepiej), no i oczywiście wino!

Biegnij przed siebie!

Skoro Panna Anna wyjeżdża na kilka dni to przecież taki wypad nie może się obyć bez biegania. Fakt, że zaginął mój bagaż i znalazł się dopiero drugiego dnia wieczorem zasmucił mnie nieco, ale przynajmniej mam nauczkę, by strój do biegania pakować do bagażu podręcznego, bo cóż może być cenniejszego nad buty i legginsy?

 

W miejscu, gdzie się zatrzymałam, nie można było trenować, no chyba, że zdecydowałabym się na same podbiegi bez przebieżki na rozgrzanie, ale ja chciałam poczuć wolność, podziwiać przyrodę i ruszyć przed siebie bez żadnego planu, mierzenia tętna, kontrolowania prędkości – dać się ponieść! I udało się znaleźć takie miejsce! Tak mnie poniosło, że zrealizowałam bardzo dobry trening. Wniosek? Trzeba wrzucić na luz. Przecież bieganie to zawsze była dla mnie największa przyjemność! Co takiego stało się z moją głową, że zaczęłam się stresować i podchodzić do biegania na zasadzie zadań, jak w pracy? Spinka, plan do zrealizowania, stres, że coś pójdzie nie tak. A przecież każdy ma lepsze i gorsze dni! Jednego dnia masz powera i chęć do tego, żeby pocisnąć, a innego męczy Cię banalna przebieżka. Dobrze mieć ambitny plan, wiedzieć, że każdy trening prowadzi Cię do celu, ale nic za wszelką cenę. Przecież nie jestem zawodnikiem, przecież robię to, co kocham! Musiałam wyjechać i nawdychać się górskiego powietrza, żeby przypomnieć sobie o tym. Wyluzowałam i bardziej słucham swojego ciała. Trenuję jak należy, ale stresuję się.

Tyrol bieganie

I tę samą metodę zastosowałam dzisiaj na zawodach podczas Grand Prix Warszawy na Kabatach. Wczoraj wieczorem spotkałam się ze znajomymi na piwko (ale jedno!), nie poszłam spać o przyzwoitej porze, nie leżałam od 20.00 z nogami na ścianie, nie wypoczywałam, tylko latałam w butach na obcasie do późna, bo miałam na to ochotę. Dzisiaj z kolei biegłam bez założeń, tak, jak się czuję. Dzięki temu cały bieg sprawił mi ogromną frajdę, nie byłam zmęczona i dobiegłam na metę z czasem 45:20! A ja jestem asfaltową dziewuchą i miękka nawierzchnia momentalnie mnie spowalnia. Cieszę się jak dziecko. Najbardziej z tego, że bieg był lekki, przyjemny i taki fantastyczny czas! Zazwyczaj na zawodach cieszyłam się, ale przynajmniej 3 razy myślałam, by zejść z trasy, bo było mi ciężko, słabo, bałam się, że nie dam rady. Dziś nie miałam takich myśli. Stwierdziłam, że jak nie dam rady, to zwolnię. Też mi problem 🙂

Bardzo Was namawiam: wrzućcie na luz. Przecież biegamy dla przyjemności. Biegamy, bo to kochamy. Owszem, trzeba wysoko stawiać sobie poprzeczkę, rozwijać się, poprawiać, być ambitnym, ale wszystko w granicach rozsądku. Tak, by po kilku miesiącach nie wypalić się, nie mieć dość tylko jarać się bieganiem jeszcze bardziej. Kochać ten sport każdego dnia coraz bardziej!

Śmiej się ile wlezie!

To, co było dla mnie najważniejsze podczas wyjazdu, to genialne towarzystwo. Zabrałam ze sobą koleżankę, której nie znałam dobrze, ale jakoś od razu o niej pomyślałam, gdy pojawił się pomysł wypadu do Tyrolu. Nie pomyliłam się: babski czas, żarty, rozmowy o facetach, bieganiu, jednym słowem o życiu! Każdego dnia śmiałyśmy się tak bardzo, że bolały nas brzuchy, szczęki, wszystko. A potem biegałyśmy, oglądałyśmy stare, romantyczne komedie takie jak Notting Hill popijając tyrolskie wino. W dwa dni odpoczęłam jak nigdy! I dlatego namawiam Was na to, byście raz na jakiś czas, rozpieszczali siebie! Dzień Kobiet jest dobrą okazją do tego, ale nie tylko Panie, Panom też należy się od życia to, co najlepsze. W każdym razie ja uwielbiam płeć przeciwną i nie wyobrażam sobie bez Was życia moi drodzy, także również siebie rozpieszczajcie 🙂

kawa tyrol