Szukaj

Wpisy z tagiem
ultramaraton

O czym myśleć na zawodach, by (prawie) bez bólu dobiec do celu?

O czym myśleć na zawodach? O mecie! – tak odpowiedziałabym na to pytanie, gdybyś kazał mi wymienić pierwszą myśl, która przyjdzie mi do głowy. A zwykle pierwsza myśl jest najlepsza. Sprawa jednak nie jest taka prosta. Kiedy wrzucam info, że wystartowałam w biegu górskim na 20, 30,40km, a Rudzik na 80 czy 110km, pytacie się: “O matko? O czym Wy wtedy myślicie? “. Otóż myślimy o wielu sprawach: o pierdołach i o tych ważnych, czasem podejmujemy nawet życiowe decyzje. Na przykład o tym, czy to jest czas i miejsce na dziecko, myślałam podczas biegu na dystansie 40km na Maderze. Najważniejsze jest jednak nie to, o czym myślimy, tylko to, czym zajmujemy głowę, by szybciej i prawie bez bólu znaleźć się na mecie. I o tym chciałam dzisiaj napisać.  CZYTAJ WIĘCEJ

Biegam, więc jestem

Już zdążyłam zasnąć. Ostatnio ciężko mi to szło, z tym większą przyjemnością wtuliłam twarz w poduszkę i zamknęłam oczy. Czułam, jak powoli odpływam. Wiersz Miłosza! Muszę go znaleźć! – ta myśl nagle wyrwała mnie z krainy spokoju. „Nie wstawaj, nie bierz laptopa, zapamiętaj i znajdź go rano” – przetłumaczyłam sama sobie na spokojnie. Wiedziałam, że jeśli włączę komputer, znowu będę siedzieć pół nocy. Posłuchałam zdrowego rozsądku i zasnęłam. Rano znalazłam “ten wiersz” Czesława Miłosza, który zaprzątał mi głowę przed snem. Od razu przypomniałam sobie tytuł: “Dar”. Nie wiem skąd, nie wiem jak. Ostatni raz czytałam go wiele lat temu na studiach. Nie należę do osób, które wieczorami wertują tomy poezji w poszukiwaniu perełek. Kocham dobrą prozę. Tym bardziej jestem zdziwiona, że przyszło mi to do głowy. Przytoczę, bo jest kwintesencją tego, o czym chciałabym dzisiaj powiedzieć:
Dar

Źródło: wiersze.kobieta.pl

Każde pojedyncze słowo w pełni oddaje to, jak się teraz czuję siedząc na oknie, popijając kawę i pisząc ten tekst. Listopad to dobry czas, by powoli myśleć o tym, jak oceniamy cały rok, a już na pewno sezon biegowy. I właśnie dlatego chciałam zacząć od tego wiersza. Dziś nie będę pisać o tym, jakie cele sobie założyłam, jak przebiegały treningi, jaki był efekt końcowy. W tym sezonie nauczyłam się czegoś dużo ważniejszego: nabrałam pokory, zrozumiałam, że trzeba być elastycznym, ale przede wszystkim dobrym dla siebie. Przypomniałam sobie o tym, że biegam, bo to kocham, a nie dlatego, że chce coś udowadniać sobie czy innym. Bieganie w każdym wydaniu sprawia mi frajdę: kiedy trzymam się planu treningowego i dążę do celu – też, ale w tym roku stało się coś ważniejszego. Wróciłam do korzeni, a to dało mi takie szczęście, jakiego jeszcze nigdy nie zaznałam. Pozytywna energia, która w związku z tym zaczęła ode mnie bić, “zainfekowała” również inne sfery życia, bo chyba tak już po prostu jest: jak się wali, to wszystko, jak układa, to na całego. Dlatego dziś kilka najważniejszych punktów w pigułce w nadziei na to, że skorzystacie i poczujecie to, co ja.

1. Na początku był stres

Przyznaję: sezon zaczął się od spięcia. Cel? Były dwa: półmaraton w Pradze (złamać 1:40) i najważniejszy: maraton w Hamburgu (3:30). Środki? Sztywno nakreślony plan treningowy, którego starałam się trzymać jak nawiedzona. Ani moje życie na walizkach (nagłe delegacje, o których dowiaduję się z dnia na dzień, konferencje, spotkania) ani osobowość (lubię działać spontanicznie i robić to, na co w danej chwili mam ochotę, zmieniać, działać) nie nadają się do aż tak sztywnych ram. Jedni lubią wiedzieć, co o każdej godzinie będą robić, a ja lubię czasem wymienić trening poranny na wieczorny, luźną dyszkę na podbiegi, bo poczułam taką chęć. Wiem, że są pewne zasady i określona praca musi być wykonana, ale potrzebuję więcej luzu. Kocham biegać, robię to dla przyjemności i chcę, by tak zostało.

Był moment, kiedy za bardzo się spięłam. Znajomi do dziś wspominają wypad do Tyrolu, gdzie oszukiwałam, że piję z nimi wino, bo w głowie miałam tylko “Jutro wstajemy i idziemy biegać. Plan jest taki: pierwsze 10km spokojnie, tempo 5:30, potem 8km tempo 4:50-5:00”. I wszystko fajnie, ale czy na krótkim wypadzie w góry nie lepiej byłoby poszaleć w terenie? Dzisiaj zrobiłabym zupełnie inaczej, no ale do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć i uczyć się na własnych błędach.

Tyrol bieganie

A tak we wspomnianym Południowym Tyrolu latałam sobie po asfalcie… jak widać mimo wszystko radość była, więc nie ma tragedii 😉

Po kilku tygodniach poczułam zmęczenie z kilku powodów: za mało spałam, nie miałam czasu na regenerację, bo za wszelką cenę chciałam zrealizować plan treningowy (bez względu na to, czy cały dzień byłam w podróży), miałam za mało czasu na inne aktywności, które też bardzo lubię (trening funkcjonalny na siłowni, pływanie, zajęcia grupowe).

Po drodze miał miejsce półmaraton w Pradze. Wystartowałam szczęśliwa, ale spięta. Nie mogę powiedzieć, że to był przyjemny bieg, że napawałam się atmosferą, podziwiałam piękne widoki. G..no prawda! Patrzyłam na zegarek, a nie na otoczenie i przeliczałam, czy zmieszczę się w zakładanym limicie. Przez to dłużył mi się każdy kilometr. To nie było takie bieganie, w jakim się zakochałam.

Praga meta

Na dodatek okazało się, że mój GPS oszukał mnie o kilkaset metrów i choć planowałam złamać magiczne 1:40, na metę dobiegłam z czasem 1:40:10. Pamiętam, że wtedy pierwszy raz się nie dałam. Radość była autentyczna, bo dotarło do mnie, co ja sama sobie robię? Przecież to nie tak miało być? Czy chcę być jedną z tych rozgoryczonych osób, które na mecie mówią: “No nie jestem z siebie zadowolony. Mogłem uciąć te 11 sekund”. A jakie to ma znaczenie? A co to ja na życie zarabiam wynikami? Przecież biegam, bo to kocham! Przecież do tej pory sprawiało mi to przyjemność a nie frustrowało? Powoli zaczynało do mnie docierać, że pora zmienić tok rozumowania, ale potrzebowałam jeszcze chwili. Kilka miesięcy później pobiegałam bez żadnych założeń, na zupełnym luzie na Islandii i udało się złamać te 1:40 i zupełnie przez przypadek 🙂 Dlaczego? Bo biegłam dla przyjemności:)

Islandia z medalem

Ale wróćmy jeszcze na chwilę do tamtego okresu. Po Pradze niestety było jeszcze gorzej.  Doszłam do momentu, kiedy powiedziałam do znajomej: “Chcę już mieć za sobą ten maraton i iść na roztrenowanie. Marzę o tym, żeby pójść na basen, kiedy mam na to ochotę albo pobiegać po parku bez żadnego planu, tak po prostu”. Ciało i głowa ewidentnie dawały znać, że mają dość i dlatego tuż przed najważniejszym startem wydarzyła się kontuzja.

2. Pierwsza kontuzja, czyli lekcja pokory

Do dziś pamiętam, jak podjęłam próbę w Wielkanoc i wyszłam potruchtać. Pierwsze kroki udało się postawić bez bólu, ale po 10 minutach poczułam przeszywający ból kolana, który dał mi w kość podczas dłuższego wybiegania na Orlen Warsaw Marathon. Już wiedziałam, że mam za mało czasu i nie dam rady się z tego wylizać. Na spokojnie przetrawiłam wszystko, spacerem wróciłam do domu. Po policzkach spływały mi łzy, ale byłam spokojna. “Pobiegniesz coś innego” – tłumaczyłam sobie. Pomagało. Z przyjemnością wróciłam na basen, na siłowni zaczęłam wzmacniać to, co zaniedbałam, gdy za wszelką cenę próbowałam realizować plan do maratonu i przetrwałam moją pierwszą kontuzję z uśmiechem na twarzy. Naprawdę. Pojechałam do Hamburga kibicować.

maraton w hamburgu

Dzięki temu drugą kontuzję znoszę lżej. Od razu wiedziałam, że są inne sporty, które sprawiają mi radość, ale nie tylko. To przede wszystkim ludzie, którzy sprawiają, że zapominam o tym, co złe…

No i uczucie, gdy dostajesz pierwszy medal po kontuzji… bezcenne!

jesolo z medalem

3. Grupowe trening: bo w ludziach jest siła

Od dawna marzyłam o tym, by spotykać się z ludźmi nie tylko online. Maile czy wiadomości na facebooku są bardzo miłe, ale chciałam więcej. Pomyślałam, że skoro udaje mi się zmotywować ludzi pisząc o tym, jak wygląda moja droga na blogu czy w mediach społecznościowych, to na pewno udałoby się to zrobić jeszcze bardziej skutecznie na żywo.

Stąd pomysł poniedziałkowych spotkań, gdzie wspólnie motywujemy się do działania (w każdy poniedziałek o 19:00 spotykamy się przy budce z lodami przy Placu na Rozdrożu), ale też treningów ze specjalistami, od których możecie się sporo dowiedzieć. Udało mi się namówić Szczepana Figata z Fizjoperfekt, do tego, by pokazał, na co zwrócić uwagę, gdy chcemy poprawić naszą technikę biegania.

rozciaganie jeziorko

Z kolei trenerów: Damiana Witkowskiego i Artura Jabłońskiego, poprosiłam, by podpowiedzieli, jak trenować, gdy chcemy biegać szybciej i osiągać zamierzone cele. Kolejne spotkania już zaplanowane. Oczywiście wszystko za darmo, w myśl zasady: ZA DARMO OZNAKĄ NAJWYŻSZEJ JAKOŚCI 🙂

zdj?cie-5

Energia i moc, jaką dajecie mi na tych spotkaniach jest nie do opisania. Czuję to, kiedy przysyłacie mi zdjęcia ze swoich startów i dziękujecie za codzienną dawkę motywacji oraz wtedy, kiedy spotykam Was na zawodach.

Nie jest to kokieteria: wciąż nie wierzę w to, że moje pisanie o tym, co robię, rzeczywiście może być tak pomocne. Mam jeszcze takie poczucie, że to, co robię, widzą znajomi znajomych i to oni podchodzą, dziękują, chcą mieć wspólne zdjęcie. Dziękuję Wam za to, że mi o tym mówicie, bo dzięki Wam, wiem, że to dopiero początek moich działań…

bieg niepodległości dziewczyny

4. Powrót do korzeni

Dzięki ludziom wokół mnie, kontuzji, obserwacjom udało mi się w tym roku wiele zrozumieć. Podjęłam decyzję, że chcę brać udział w fajnych imprezach biegowych dla przyjemności. Owszem, dawać z siebie wszystko, ale nie zarzynać się za wszelką cenę. Odwiedziłam wiele ciekawych miejsc, spróbowałam nowych rzeczy, jak choćby biegi górskie, w których zakochałam się po uszy.

10458526_785048341517204_7535866897040255532_n

Dziś wiem, że pisze do Was zupełnie inna kobieta niż ta, którą czytaliście w styczniu, czy marcu. Wracając do Miłosza:

W tej chwili nie ma rzeczy na ziemi, którą chciałabym mieć, ani nie znam nikogo, komu warto byłoby zazdrościć. Co przydarzyło się złego, zapomniałam. Nie wstydzę się tego, kim byłam i kim jestem.

Góry stały się wisienką na torcie, swego rodzaju ukoronowaniem tego, co się we mnie zmieniało przez ostatnie miesiące. Sprawiły, że na nowo poczułam wolność i przypomniałam sobie, po co to wszystko robię. Mam nadzieję, że dzisiaj tym tekstem przypomniałam również Tobie.