Szukaj

Wpisy z tagiem
ultra

Czy nieudany bieg może zmotywować?

Czy kojarzysz ten moment, w czasie zawodów, kiedy zastanawiasz się co mogłeś zrobić, żeby lepiej się przygotować? Kilka lat temu, kiedy zaczynałem przygodę z bieganiem i zawodami, ta myśl przychodziła do mnie przy każdej ścianie w jaką uderzałem. A było ich wiele. Zawsze miałem zapał do robienia wielkich rzeczy, do podejmowania wyzwań. Najlepiej takich, które ludzie wokół uważali za niemożliwe. „Trzeba zaczynać od krótszych dystansów”, „Nie dasz rady utrzymać takiego tempa, zmień strategię” – słyszałem.
CZYTAJ WIĘCEJ

Kije do biegania po górach: co i jak?

Czy podczas biegów górskich warto startować z kijami? A może będą bardziej przeszkadzać niż pomagać? W przypadku jakiego dystansu brać je pod uwagę? Jak wybrać kije dobre dla mnie? Na co zwrócić uwagę podczas zakupu? Jak ich używać, by pomagały, a nie przeszkadzały? – te pytania zadaje sobie każdy biegacz, który chociaż raz na jakiś czas chciałby wystartować w górach. Mam jeszcze bardzo małe doświadczenie, jeśli chodzi o tego typu biegi, ale mam nadzieję, że przynajmniej jakaś część moich przyszłorocznych startów będzie z nimi związana. Sama zastanawiałam się, czy kije są mi potrzebne, czy warto się w nie zaopatrzyć skoro bez też można sobie poradzić. Zdaję sobie sprawę z tego, że zanim dobrze opanuję technikę, minie trochę czasu, ale co czyni mistrza, jeśli nie praktyka właśnie? W końcu każdy kiedyś musi zacząć. W kije się zaopatrzyłam: bardzo lekkie, łatwo się składają, są poręczne. Postawiłam na sprawdzoną markę Salewa. Rzeczywiście dużo łatwiej człowiek sobie radzi na podejściach, a podczas biegu na płaskim, czy zbiegach nie przeszkadzają, gdy wybierzemy lekki model.

kije

Ale tak, jak mówiłam: nie mam w tej materii dużego doświadczenia, dlatego skonsultowałam się ze specjalistką: Magdaleną Derezińską-Osiecką. Kim jest? Przede wszystkim kocha góry i nie mogłaby bez nich żyć! Oprócz tego mowa o vice Mistrzyni Świata, brązowej medalistce Pucharu Świata, Mistrzyni Europy Środkowej, wielokrotnej Mistrzyni Polski w skilapinizmie. Magda jest także Młodzieżową Mistrzynią Polski w Biegach górskich, W 2012 zajęła 7-me, najlepsze jak dotąd miejsce Polaków w najtrudniejszych zawodach skilapinistycznych na świecie – Pierra Menta w Alpach. Tatry to jej dom, po którym oprowadza jako przewodnik tatrzański. W Tatra Running jest naszym specjalistą od wyznaczania tras w Tatrach oraz za treningi siłowe w terenie. Prowadzi obozy biegowe TatraRunning. Twierdzi, że to dzięki właśnie kijom ma takie ramiona i plecy 😉

magda osiecka

1. Dlaczego w ogóle powinniśmy wziąć pod uwagę kije, jeśli planujemy start w górach?

M.D.O.: Kije powinniśmy brać pod uwagę przede wszystkim ze względu na możliwość odciążenia mięśni nóg i stawów kolanowych w trakcie długiego biegu w górach. Jest to możliwe tylko wtedy, kiedy potrafimy tych kijów prawidłowo używać. Niestety spośród ludzi, którzy używają kijów, tylko niewielki procent potrafi robić to właściwie..
Podczas stromych podbiegów, gdy potrafimy się na kijach umiejętnie wspierać, znacząco odciążamy mięśnie czworogłowe, kije stają się jakby dwoma dodatkowymi naszymi nóżkami 😉 A podczas długich zbiegów dzięki kijom oszczędzamy, ochraniamy stawy kolanowe i skokowe plus dodatkowo stabilizujemy sylwetkę; w razie złego wylądowania stopy i utraty równowagi kije mogą pomóc uchronić się przed upadkiem.

2. Na które biegi czy treningi brać kije, a na jakich nie są konieczne? Na co zwrócić uwagę: na dystans? na przewyższenia?

M.D.O: Moim zdaniem kluczowy w tym temacie jest zarówno dystans, jak i przewyższenia biegu oraz to, jaką odległość dany biegacz jest w stanie pokonać w całości biegnąc tzn. nie przechodząc do marszu (im więcej trasy pokonujemy marszem, tym większy sens brania ze sobą kijów; gdy natomiast biegniemy dynamicznie i w miarę szybko, wówczas kije raczej przeszkadzają – nie wspieramy się na nich, a jedynie trzymamy wzdłuż ciała).

magda

fot. Marek Kowalski Photography

Ciężko jednoznacznie określić, gdzie przebiega granica, od krórej możnaby powiedzieć, ze używanie kijów jest konieczne – to zależy od indywidualnych preferencji konkretnych biegaczy i też od ich poziomu wydolności. Jednak gdyby pokusić się o generalizację, to trzeba by stwierdzić, że oczywiście im dłuższy bieg, tym większy sens w używaniu kijów. Myślę, że na dystansach górskich krótszych niż 20-25 km użycie kijów nie jest konieczne. Takie dystanse większość amatorów potrafi pokonać bez przechodzenia do marszu, zatem zabieranie dodatkowego balastu w postaci kijów nie jest aż tak potrzebne. Jeśli chodzi o przewyższenie, przez które mam na myśli pozytywną ilość różnicę wzniesień (czyli pod górę) – to moim zdaniem powyżej 1500m jest sens brać kije. Ale tutaj też ostrożnie, bo taka generalizacja może nie sprawdzić się we wszystkich przypadkach.

Prawda jest taka, że na dystansach ultra zdecydowana większość amatorów pokonuje ¾ trasy nie biegiem, a marszem, zatem kije bardzo się przydadzą. Nie dotyczy to garstki wyczynowców plasujących się w czołówce tego typu biegów – jeśli oszacują, że będą w stanie daną trasę pokonać w większości biegiem, nie będzie ona miała bardzo stromych podbiegów i zbiegów – wówczas nie zdecydują się na wzięcie ze sobą kijów. Wystarczy popatrzeć na kogoś takiego, jak Kilian Jornet i zapytać, ile razy się go widziało biegnącego z kijami? Bardzo rzadko. Ale Kilian dla 90% z biegaczy-amatorów nie jest punktem odniesienia po prostu, a jedynie godnym podziwu ideałem na dalekim horyzoncie;-)

3. Jak wybrać kije odpowiednie dla nas?

M.D.O.: Kije mają być przede wszystkim lekkie, składane przynajmniej na pół (lub na trzy części), by można je było przyczepić do plecaka. Szalenie ważna kwestia to zacisk na przełamaniu kija – jeśli działa słabo, to gdy mocno wesprzemy się na nim, to może się zdarzyć, ze się po prostu zwinie, czyli skróci ( a to często oznacza destabilizaję lub nawet upadek biegacza). Niestety bardzo dużo firm produkujących kije nie potrafi sobie poradzić z produkcją trwałego i niezawodnego systemu „skręcania” kijów. Przez ostanie 13 lat miałam w użyciu przerózne modele kijów przeróżnych firm. I tylko jeden lub dwa mogłabym uznać za naprawdę solidnie przemyślane i godne zaufania.. Obecnie używam kijów Dynafit X7 Pro i jak dotąd nie zawiodły mnie na żadnym treningu.
Ważna jest też dobrze dobrana długość – zasadniczo powinniśmy mieć w łokciu przynajmniej kąt prosty, gdy trzymamy kij w ręce oparty o podłoże. Gdy jest krótszy, Lub gdy jest tak długi jak kij do biegówek – to nie spełnia swojej funkcji.

magda2

fot. Marek Kowalski Photography

4. I najważniejsze: kilka porad technicznych, czyli jak sprawnie posługiwać się kijami? Wiem, że ciężko to opisać słowami, ale może chociaż kilka wskazówek?

Tak, rzeczywiście najlepiej zrobić to pod okiem specjalisty, który od razu coś podpowie i doradzi, ale postaram się chociaż trochę podpowiedzieć. Idąc/biegnąc pod górę i wbijając kij nieznacznie przed sobą, mocno się na nim wspieramy; tak, by zrobić krok do przodu z jednoczesnym zostawieniem ręki trzymającej kij za sobą. Ręka w łokciu się prostuje za nami, łokieć robi coś w rodzaju dźwigni, która razem z mięśniem naramiennym i tricepsem wynosi nas o krok do góry, a kij, o którego się wspieramy, jest jakby dodatkową naszą nogą, z której się wybijamy.

Skąd wiemy, że dobrze używamy kijów? Jest na to bardzo prosty test: Jeśli nie używasz kijów regularnie, a po przebiegnięciu z kijami w terenie górskim 10 kilometrów nie czujesz nazajutrz zakwasów w mięśniach ramion, to znaczy, że słabo ich używałeś;-)

Biegam, więc jestem

Już zdążyłam zasnąć. Ostatnio ciężko mi to szło, z tym większą przyjemnością wtuliłam twarz w poduszkę i zamknęłam oczy. Czułam, jak powoli odpływam. Wiersz Miłosza! Muszę go znaleźć! – ta myśl nagle wyrwała mnie z krainy spokoju. „Nie wstawaj, nie bierz laptopa, zapamiętaj i znajdź go rano” – przetłumaczyłam sama sobie na spokojnie. Wiedziałam, że jeśli włączę komputer, znowu będę siedzieć pół nocy. Posłuchałam zdrowego rozsądku i zasnęłam. Rano znalazłam “ten wiersz” Czesława Miłosza, który zaprzątał mi głowę przed snem. Od razu przypomniałam sobie tytuł: “Dar”. Nie wiem skąd, nie wiem jak. Ostatni raz czytałam go wiele lat temu na studiach. Nie należę do osób, które wieczorami wertują tomy poezji w poszukiwaniu perełek. Kocham dobrą prozę. Tym bardziej jestem zdziwiona, że przyszło mi to do głowy. Przytoczę, bo jest kwintesencją tego, o czym chciałabym dzisiaj powiedzieć:
Dar

Źródło: wiersze.kobieta.pl

Każde pojedyncze słowo w pełni oddaje to, jak się teraz czuję siedząc na oknie, popijając kawę i pisząc ten tekst. Listopad to dobry czas, by powoli myśleć o tym, jak oceniamy cały rok, a już na pewno sezon biegowy. I właśnie dlatego chciałam zacząć od tego wiersza. Dziś nie będę pisać o tym, jakie cele sobie założyłam, jak przebiegały treningi, jaki był efekt końcowy. W tym sezonie nauczyłam się czegoś dużo ważniejszego: nabrałam pokory, zrozumiałam, że trzeba być elastycznym, ale przede wszystkim dobrym dla siebie. Przypomniałam sobie o tym, że biegam, bo to kocham, a nie dlatego, że chce coś udowadniać sobie czy innym. Bieganie w każdym wydaniu sprawia mi frajdę: kiedy trzymam się planu treningowego i dążę do celu – też, ale w tym roku stało się coś ważniejszego. Wróciłam do korzeni, a to dało mi takie szczęście, jakiego jeszcze nigdy nie zaznałam. Pozytywna energia, która w związku z tym zaczęła ode mnie bić, “zainfekowała” również inne sfery życia, bo chyba tak już po prostu jest: jak się wali, to wszystko, jak układa, to na całego. Dlatego dziś kilka najważniejszych punktów w pigułce w nadziei na to, że skorzystacie i poczujecie to, co ja.

1. Na początku był stres

Przyznaję: sezon zaczął się od spięcia. Cel? Były dwa: półmaraton w Pradze (złamać 1:40) i najważniejszy: maraton w Hamburgu (3:30). Środki? Sztywno nakreślony plan treningowy, którego starałam się trzymać jak nawiedzona. Ani moje życie na walizkach (nagłe delegacje, o których dowiaduję się z dnia na dzień, konferencje, spotkania) ani osobowość (lubię działać spontanicznie i robić to, na co w danej chwili mam ochotę, zmieniać, działać) nie nadają się do aż tak sztywnych ram. Jedni lubią wiedzieć, co o każdej godzinie będą robić, a ja lubię czasem wymienić trening poranny na wieczorny, luźną dyszkę na podbiegi, bo poczułam taką chęć. Wiem, że są pewne zasady i określona praca musi być wykonana, ale potrzebuję więcej luzu. Kocham biegać, robię to dla przyjemności i chcę, by tak zostało.

Był moment, kiedy za bardzo się spięłam. Znajomi do dziś wspominają wypad do Tyrolu, gdzie oszukiwałam, że piję z nimi wino, bo w głowie miałam tylko “Jutro wstajemy i idziemy biegać. Plan jest taki: pierwsze 10km spokojnie, tempo 5:30, potem 8km tempo 4:50-5:00”. I wszystko fajnie, ale czy na krótkim wypadzie w góry nie lepiej byłoby poszaleć w terenie? Dzisiaj zrobiłabym zupełnie inaczej, no ale do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć i uczyć się na własnych błędach.

Tyrol bieganie

A tak we wspomnianym Południowym Tyrolu latałam sobie po asfalcie… jak widać mimo wszystko radość była, więc nie ma tragedii 😉

Po kilku tygodniach poczułam zmęczenie z kilku powodów: za mało spałam, nie miałam czasu na regenerację, bo za wszelką cenę chciałam zrealizować plan treningowy (bez względu na to, czy cały dzień byłam w podróży), miałam za mało czasu na inne aktywności, które też bardzo lubię (trening funkcjonalny na siłowni, pływanie, zajęcia grupowe).

Po drodze miał miejsce półmaraton w Pradze. Wystartowałam szczęśliwa, ale spięta. Nie mogę powiedzieć, że to był przyjemny bieg, że napawałam się atmosferą, podziwiałam piękne widoki. G..no prawda! Patrzyłam na zegarek, a nie na otoczenie i przeliczałam, czy zmieszczę się w zakładanym limicie. Przez to dłużył mi się każdy kilometr. To nie było takie bieganie, w jakim się zakochałam.

Praga meta

Na dodatek okazało się, że mój GPS oszukał mnie o kilkaset metrów i choć planowałam złamać magiczne 1:40, na metę dobiegłam z czasem 1:40:10. Pamiętam, że wtedy pierwszy raz się nie dałam. Radość była autentyczna, bo dotarło do mnie, co ja sama sobie robię? Przecież to nie tak miało być? Czy chcę być jedną z tych rozgoryczonych osób, które na mecie mówią: “No nie jestem z siebie zadowolony. Mogłem uciąć te 11 sekund”. A jakie to ma znaczenie? A co to ja na życie zarabiam wynikami? Przecież biegam, bo to kocham! Przecież do tej pory sprawiało mi to przyjemność a nie frustrowało? Powoli zaczynało do mnie docierać, że pora zmienić tok rozumowania, ale potrzebowałam jeszcze chwili. Kilka miesięcy później pobiegałam bez żadnych założeń, na zupełnym luzie na Islandii i udało się złamać te 1:40 i zupełnie przez przypadek 🙂 Dlaczego? Bo biegłam dla przyjemności:)

Islandia z medalem

Ale wróćmy jeszcze na chwilę do tamtego okresu. Po Pradze niestety było jeszcze gorzej.  Doszłam do momentu, kiedy powiedziałam do znajomej: “Chcę już mieć za sobą ten maraton i iść na roztrenowanie. Marzę o tym, żeby pójść na basen, kiedy mam na to ochotę albo pobiegać po parku bez żadnego planu, tak po prostu”. Ciało i głowa ewidentnie dawały znać, że mają dość i dlatego tuż przed najważniejszym startem wydarzyła się kontuzja.

2. Pierwsza kontuzja, czyli lekcja pokory

Do dziś pamiętam, jak podjęłam próbę w Wielkanoc i wyszłam potruchtać. Pierwsze kroki udało się postawić bez bólu, ale po 10 minutach poczułam przeszywający ból kolana, który dał mi w kość podczas dłuższego wybiegania na Orlen Warsaw Marathon. Już wiedziałam, że mam za mało czasu i nie dam rady się z tego wylizać. Na spokojnie przetrawiłam wszystko, spacerem wróciłam do domu. Po policzkach spływały mi łzy, ale byłam spokojna. “Pobiegniesz coś innego” – tłumaczyłam sobie. Pomagało. Z przyjemnością wróciłam na basen, na siłowni zaczęłam wzmacniać to, co zaniedbałam, gdy za wszelką cenę próbowałam realizować plan do maratonu i przetrwałam moją pierwszą kontuzję z uśmiechem na twarzy. Naprawdę. Pojechałam do Hamburga kibicować.

maraton w hamburgu

Dzięki temu drugą kontuzję znoszę lżej. Od razu wiedziałam, że są inne sporty, które sprawiają mi radość, ale nie tylko. To przede wszystkim ludzie, którzy sprawiają, że zapominam o tym, co złe…

No i uczucie, gdy dostajesz pierwszy medal po kontuzji… bezcenne!

jesolo z medalem

3. Grupowe trening: bo w ludziach jest siła

Od dawna marzyłam o tym, by spotykać się z ludźmi nie tylko online. Maile czy wiadomości na facebooku są bardzo miłe, ale chciałam więcej. Pomyślałam, że skoro udaje mi się zmotywować ludzi pisząc o tym, jak wygląda moja droga na blogu czy w mediach społecznościowych, to na pewno udałoby się to zrobić jeszcze bardziej skutecznie na żywo.

Stąd pomysł poniedziałkowych spotkań, gdzie wspólnie motywujemy się do działania (w każdy poniedziałek o 19:00 spotykamy się przy budce z lodami przy Placu na Rozdrożu), ale też treningów ze specjalistami, od których możecie się sporo dowiedzieć. Udało mi się namówić Szczepana Figata z Fizjoperfekt, do tego, by pokazał, na co zwrócić uwagę, gdy chcemy poprawić naszą technikę biegania.

rozciaganie jeziorko

Z kolei trenerów: Damiana Witkowskiego i Artura Jabłońskiego, poprosiłam, by podpowiedzieli, jak trenować, gdy chcemy biegać szybciej i osiągać zamierzone cele. Kolejne spotkania już zaplanowane. Oczywiście wszystko za darmo, w myśl zasady: ZA DARMO OZNAKĄ NAJWYŻSZEJ JAKOŚCI 🙂

zdj?cie-5

Energia i moc, jaką dajecie mi na tych spotkaniach jest nie do opisania. Czuję to, kiedy przysyłacie mi zdjęcia ze swoich startów i dziękujecie za codzienną dawkę motywacji oraz wtedy, kiedy spotykam Was na zawodach.

Nie jest to kokieteria: wciąż nie wierzę w to, że moje pisanie o tym, co robię, rzeczywiście może być tak pomocne. Mam jeszcze takie poczucie, że to, co robię, widzą znajomi znajomych i to oni podchodzą, dziękują, chcą mieć wspólne zdjęcie. Dziękuję Wam za to, że mi o tym mówicie, bo dzięki Wam, wiem, że to dopiero początek moich działań…

bieg niepodległości dziewczyny

4. Powrót do korzeni

Dzięki ludziom wokół mnie, kontuzji, obserwacjom udało mi się w tym roku wiele zrozumieć. Podjęłam decyzję, że chcę brać udział w fajnych imprezach biegowych dla przyjemności. Owszem, dawać z siebie wszystko, ale nie zarzynać się za wszelką cenę. Odwiedziłam wiele ciekawych miejsc, spróbowałam nowych rzeczy, jak choćby biegi górskie, w których zakochałam się po uszy.

10458526_785048341517204_7535866897040255532_n

Dziś wiem, że pisze do Was zupełnie inna kobieta niż ta, którą czytaliście w styczniu, czy marcu. Wracając do Miłosza:

W tej chwili nie ma rzeczy na ziemi, którą chciałabym mieć, ani nie znam nikogo, komu warto byłoby zazdrościć. Co przydarzyło się złego, zapomniałam. Nie wstydzę się tego, kim byłam i kim jestem.

Góry stały się wisienką na torcie, swego rodzaju ukoronowaniem tego, co się we mnie zmieniało przez ostatnie miesiące. Sprawiły, że na nowo poczułam wolność i przypomniałam sobie, po co to wszystko robię. Mam nadzieję, że dzisiaj tym tekstem przypomniałam również Tobie.

Kontuzja kontuzją, a żyć trzeba

Na wszystko przychodzi czas. Na niektóre rzeczy po prostu trzeba poczekać, do innych musisz dojrzeć. Próbujesz, smakujesz, oceniasz i wyrabiasz sobie własne zdanie na temat tego, co lubisz, a czego nie. Pewnego dnia dociera do ciebie wiele rzeczy i rozumiesz, czego szukasz, czego chcesz, wszystko w pewnym sensie samo się dzieje, bo… po prostu wiesz. Najlepiej! CZYTAJ WIĘCEJ

Schodzące paznokcie a bieganie: co poradzić?

Pamiętam jak kilka tygodni temu rozmawiałam z moją przyjaciółką (która nie biega!) przez telefon i raptem między tematami typu, czy na nasze wspólne urodziny zakładamy białe spódnice oraz co będziemy serwować, wykrzyknęłam rozentuzjazmowana: “Zszedł mi paznokieć. To już drugi raz. Jestem prawdziwą biegaczką!”. Głupi żart, po prostu już od jakiegoś czasu go obserwowałam i wiedziałam, że bieg w Krynicy będzie miał taki finał. Mam to szczęście, że podczas całej mojej przygody z bieganiem, straciłam tylko dwa paznokcie i zeszły na tyle późno, że pod spodem czekały już śliczne, nowe. CZYTAJ WIĘCEJ

Bieg ultra: co bym zmieniła po pierwszej lekcji?

Ech… Niby jestem na Kaszubach na długo wyczekiwanym urlopie, ale myślami i sercem wciąż w Bieszczadach. I choć choróbsko pokrzyżowało mi plany i przez kilka dni byłam wyłączona z normalnego życia, z gór przywiozłam tyle energii, że uśmiech wciąż nie schodzi mi z twarzy.

hustawka

Wczoraj dzwonił do mnie Sergey – znajomy, z którym pięć lat temu pracowałam w Londynie. Rozmawiamy kilka razy w roku, wymieniamy tylko najważniejsze informacje, by być na bieżąco: gdzie pracujesz, mieszkasz, jak żona. Tym razem miał pecha: nie dałam mu dojść do słowa “Ty wiesz, w niedziele biegłam w Bieszczadach…” no i już miał chłopak godzinkę z głowy. Ale ja obiecałam, że tym razem nie będzie o emocjach ani o tym, co w głowie. Chciałam się podzielić garścią konkretów, które będą dla mnie lekcją na kolejne biegi: co było dobre i warto kontynuować, a co trzeba zmienić, poprawić. Korzyść może być podwójna: podpowiem tym, którzy pierwszy taki start mają jeszcze przed sobą, z kolei wyjadacze mogą dodać garść sensownych porad w komentarzach. Liczę na Was!

kaszuby chmury

W takich okolicznościach przyrody zrobiłam sobie roztrenowanie i stąd dzisiaj piszę 🙂

Pierwszy raz, bez względu na to, czy jest udany, czy nie, ma swój urok: jest jedną wielką niewiadomą. Nie wiemy, czego się spodziewać, czego oczekiwać, brniemy w nieznane. Każdy następny jest lepszy: kolejne doświadczenia sprawiają, że popełniamy coraz mniej błędów, każdy ruch jest pewniejszy. Mimo wszystko zazdrościłam maratończykom, którym kibicowałam podczas PZU Maratonu Warszawskiego w tym roku. Przypomniałam sobie, jak się czułam, gdy po raz pierwszy zmagałam się z tym dystansem, i choć wiedziałam, jak dużo błędów popełniłam, zatęskniłam za tym uczuciem. Ten pierwszy maraton zawsze jest wyjątkowy, nawet jeśli pojawi się ściana, skurcz, opuszczą nas siły. Kiedy już dojdziemy do siebie, jesteśmy innymi ludźmi: silniejszymi, z większą wiarą w samych siebie. Poczułam nawet smutek, że ja już tego nie doświadczę. Na szczęście bardzo się myliłam! Ultramaraton Bieszczadzki: jeszcze nigdy żadne zawody nie dały mi takiego kopa, nie skłoniły do tak wielu przemyśleń, nie zmieniły we mnie tak wiele. Kiedy siedzę teraz na spokojnie przy zielonej herbacie (robię sobie przerwę od kawy, to już piąty dzień bez!), wiem, jaką praktyczną lekcję wyniosłam z tego biegu na kolejne:

1. Nie wystartuję z kontuzją!

To po pierwsze i najważniejsze. Jak już wiecie, moja kontuzja – nie do końca zdiagnozowana, bo za późno przyznałam się do bólu fizjoterapeucie – dała o sobie znać ok. 16km. Popełniłam kilka błędów: przede wszystkim trzeba było się zatrzymać i wziąć coś przeciwbólowego tak szybko ,jak tylko odczułam dyskomfort, a ja nie mogłam wygrzebać podczas biegu i podejścia magicznej pigułki i zwlekałam z tym jeszcze przez 10km. Zdecydowanie trzeba się zatrzymać, zdjąć plecak i wyciągnąć coś przeciwbólowego, bo świadomość, że tyle godzin będziemy biec w bólu, potrafi zmiażdżyć psychicznie. Ja temu zawdzięczam poważny kryzys. Ale co ja gadam! Zamiast zażycia magicznej pigułki radzę nie startować z kontuzją na takim dystansie! Środki przeciwbólowe zabieramy zawsze, ale na nagłe wypadki, które pojawią się już na trasie.

tejpy

Po kilku godzinach napisałam do Szczepana z poradni Fizjoperfekt, który opiekuje się moją nogą:

“Jestem ultraską, ale więcej nie biegnę z kontuzją. Bolało!”, odpisał: “Brawo, masz charakter, ale ja akceptuję bieganie z kontuzją tylko raz. Już wiesz jak to wygląda. Mam nadzieję, że się zbytnio nie sponiewierałaś”.

Sprytny. Tak to męczyłabym, biadoliła, że “czemu nie mogę biec, jak tylko trochę boli”, a tak na własnej skórze pozwolił mi się przekonać, dlaczego tego nie robić. Nie radzę!

2. Polubię się z kijami

Nie jestem jeszcze obyta z kijami, ale wierzę, że wszystko przyjdzie z czasem. Chodziłam z nimi wcześniej ze dwa razy w górach, więc jest jeszcze sporo do zrobienia. Teraz jestem na roztrenowaniu, więc zamiast biegać, wybieram się na szybkie marsze do lasu, żeby trochę z nimi pobyć, w końcu to praktyka czyni mistrza. (Więcej o tym, jak dobrać kije, kiedy ich używać i jak, już wkrótce. Będą wskazówki od specjalistki: Magdy Derezińskiej-Osieckiej).

Jedno jest pewne: na takie biegi bez kijów już się nie ruszam. Dlaczego? Bo bez względu na to, czy masz technikę opanowaną do perfekcji, czy po prostu “coś tam załapałeś”, dużo łatwiej będzie się zmierzyć ze stromym czy długim podejściem/podbiegiem. “No i pięknie, teraz to już się rozstaniemy, bo ja nie mam kijów” – powiedział jeden z moich kompanów w Bieszczadach, gdy wyrósł przed nami Okrąglik, a później Jasło. I faktycznie, już po kilku krokach zostałam sama. Wiosną wspięłam się tą trasą podczas Rzeźniczka bez kijów i całkiem nieźle sobie poradziłam. Nie mówię, że są niezbędne, ale bardzo pomagają. Poza tym przy mniejszym dystansie, nogi nie są jeszcze tak zmęczone, a ciało obolałe. Inaczej się podchodzi na 16 czy 18 kilometrze a inaczej na 40, gdy mamy już na koncie takie atrakcje jak Hyrlata zwana potocznie podczas maratonu “Górą Sku…syn”;). I choć sama nie do końca byłam przekonana, bo bałam się, że więcej będzie zabawy z trzymaniem ich przez tyle godzin w rękach to kije bardzo, bardzo mi pomogły i jestem ogromnie rada, że dałam się przekonać.

kije

Wybrałam bardzo lekkie, składane, żebym mogła np. na początku mieć je złożone i podczas długiego zbiegu też. Trasa jednak była tak zróżnicowana, że przez większość biegu były rozłożone, bo nigdy nie wiadomo co tam zaraz będzie się czaić. Dbałam tylko o to, by trzymać je tak, żeby ostre końcówki mieć przed sobą. Tym sposobem byłam bezpieczna dla otoczenia;) I lekkie kije naprawdę nie przeszkadzają swobodnie biec. Ja polowałam na jeden model firmy Dynafit, ale nie udało mi się ich zdobyć, więc wyposażyłam się w bardzo lekkie kijki Salewy. Sprawnie się je składało i rozkładało, ale dziś już o nich wystarczy.

3. Wyposażę się w lżejszy plecak

Odkąd zaczęłam biegać w górach, zawsze robię to z plecakiem firmy Deuter, który dostałam na urodziny od ukochanych biegaczy – jeszcze raz dziękuję 🙂 Sprawdza się świetnie, ma dużo kieszonek, do których mam łatwy dostęp. Zapamiętuję sobie przed startem, gdzie mam batona, gdzie żel, gdzie chusteczki. Ma też specjalną kieszonkę na bukłak. Do tej pory nie miałam z nim żadnych problemów, niestety już na tak długiej trasie jak Maraton Bieszczadzki, w połowie zaczęłam czuć każdy ruch. Próbowałam mocniej go dopasować, ale niewiele to pomagało. Nie ma co się rozwodzić nad tematem: na przyszły sezon będę musiała znaleźć coś lżejszego. Jak znajdę, to pokażę 😉

4. Będę wcinać bułę albo jakieś ciastka 😉

I ostatnia refleksja. Jak wiecie na co dzień odżywiam się dość zdrowo, no dość 😉 Nie jadam batonów, nie piję gotowych izotoników, nie raczę się chemią. Kiedy startuję w zawodach typu półmaraton czy maraton, sięgam po żele, mam sprawdzone (ALE i Agisko) i wszystko gra. Jednak w górach jest inaczej. Taki bieg jak ten w Bieszczadach trwa dłużej niż trzy i pół godziny, do tego to zupełnie inny rodzaj wysiłku. W czasie biegu pomyślałam sobie, że te 53km to jest maksymalny dystans na jaki mogę się porwać, bo już w połowie z każdym krokiem czułam jak mój żołądek szaleje i przemieszcza się po całym ciele. Udało się dotrzeć na metę bez żadnych sensacji, ale czułam to i myślałam o nim przez cały czas. Na kolejny bieg (tak, tak, minął tydzień, a ja nie mówię nie, tylko nie mogę się doczekać kolejnego – to choroba;) zabiorę ze sobą rzeczy, które lubię, jem na co dzień i ograniczę ilość żeli np. do dwóch “na wszelki wypadek”. A tak to będą grane owoce, buła z miodem, może czekolada – jeszcze pomyślę i przetestuję.

W każdym razie ten bieg mi pokazał, że to dopiero początek, że nie wiem nic i wszystko dopiero przede mną. Ale to bardzo przyjemne uczucie. Dotarło do mnie, że wszystko co najlepsze, dopiero przede mną. Mój romans z bieganiem dopiero się zaczął! Jestem szczęśliwa! Bardzo!

buła