Szukaj

Wpisy z tagiem
triathlon

Życie za granicą, czyli jak to u mnie wygląda

“Jak Ci się mieszka za granicą?” Pytacie mnie często. Dobrze, łatwiej niż myślałam. Spodziewałam się, że będzie trudniej, w końcu przeprowadzka w 6. miesiącu ciąży, która zabiera ci opcję: rodzina, koleżanki z dziećmi, lekarze, których znasz może brzmieć mało komfortowo, ale ja jakoś już przywykłam do zmian i chyba jest tylko jedna zasada: nie bać się. Dziś kilka słów o tym, jak mi się mieszkało w Londynie, a jak żyje w Rotterdamie.
CZYTAJ WIĘCEJ

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść…

Przyznaj się, lubisz to. Tę nieprzespaną noc, ten ściśnięty żołądek, do którego próbujesz na siłę coś wcisnąć. Jesz z rozsądku, bo tak naprawdę wszystko jest bez smaku. Bułka, płatki, banan, ser, dżem – to nie ma znaczenia. Znowu musisz iść do toalety. Tak zwany „nerwosik” nie odpuszcza nawet na moment. „Numer startowy, agrafki, żel” – szybko sprawdzasz, czy na pewno o niczym nie zapomniałeś. I mimo tego, że powinno dopaść Cię zmęczenie, adrenalina sprawia, że działasz na najwyższych obrotach. Tak, lubisz to, no przyznaj się. Start w zawodach jest jak dobry seks: na moment przejmuje władzę nad całym Twoim ciałem, nic innego się nie liczy, nie ma znaczenia, nie istnieje. Jesteś tylko Ty, trasa i zadanie do wykonania. I ta satysfakcja na mecie… Bezcenne, nie do opisania. I choć dałeś z siebie wszystko, mógłbyś tańczyć do białego rana. Wypełnia Cię radość, chęć do życia, a jedzenie znowu ma smak. I to jaki! Przyznaj się, lubisz to. To wiesz jak trudno z tego zrezygnować… CZYTAJ WIĘCEJ

Triathlon? Serio? Czyli po co mi pianka i rower!

Zawsze, kiedy słyszałam zdanie: „Prędzej czy później każdy biegacz wkręci się w triathlon” szybko reagowałam: „Nieprawda!”. I nadal jestem tego zdania. Owszem, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Na początku każdy się zapiera: „Ja to w ogóle nie będę startować w zawodach, biegam tylko dla siebie”. Tylko niby dla kogo innego miałyby być te starty, jeśli nie dla nas samych? Potem pierwszy start i chęć zmierzenia się na innym dystansie. Biegniesz na 10 km, potem startujesz w półmaratonie, wreszcie chcesz się sprawdzić na królewskim dystansie. Za chwilę pojawia się chęć poprawiania „życiówek”. A może ultra? – pewnego dnia do głowy przychodzi taka myśl. Bieganie nie jest nudne. Bieganie nie daje małych możliwości. Ciągle możesz spróbować czegoś nowego, poprawić się w jakiś sposób (jeśli już nie lepszym wynikiem to np. bardziej wymagającą trasą). Możesz połączyć bieganie z podróżowaniem, balem przebierańców, biesiadą, powalczyć na torze przeszkód.

IMG_0071

Walka o wytrzymałość
Ja za taką moją nową odskocznię uznałam biegi górskie. Pokochałam te widoki, atmosferę, kontakt z przyrodą i ludźmi. Polubiłam ten stan, kiedy walczę sama ze sobą, ale nie po to, by utrzymać szybkie tempo, tylko przekonuję samą siebie, że ten zbieg mnie nie zabije, że podbieg jest mniej stromy i krótszy niż się wydaję. Oglądanie profilu trasy, pakowanie plecaka w taki sposób, by pamiętać, gdzie masz przekąskę, a gdzie proszek przeciwbólowy w razie nagłej potrzeby, wyliczanie, ile picia wziąć, by wystarczyło, ale też nie było za ciężko – to wszystko sprawia, że czuję się, jakbym brała udział w jakiejś grze przygodowej. I bardzo to polubiłam. Taka miejska dziewczyna jak ja, przyzwyczajona do pracy w korporacji, szybkiego tempa, jeszcze szybszej kawy w mieście i wszechobecnego zgiełku pokochała to błoto, te załamania pogody, ten zupełnie inny wymiar zmęczenia. Takie górskie sponiewieranie.

zdj?cie-7

I nie mówię, marzę o tym, żeby wrócić na asfalt i powalczyć o dobry czas. Mam łzy w oczach jak sobie przypomnę to uczucie, które towarzyszy ci wtedy, kiedy walczysz na maratonie o życiówkę. Bardzo chciałabym poczuć to choć raz jeszcze. Niestety najpierw jedna kontuzja, później druga wyprowadziły mnie lekko z równowagi, nauczyły pokory. Dlatego dziś jestem spokojna: wiem, że wrócę do dawnej miłości, ale wszystko na spokojnie, z głową, tak, by sobie nie zaszkodzić. Skoro teraz noga nie boli mnie wtedy, gdy biegam w terenie, to poobcuję z przyrodą, popracuję nad wytrzymałością i siłą, które kiedyś będą dla mnie dobrą bazą. Pojedyncze starty w mieście oczywiście mile widziane, po prostu mam świadomość tego, że w tym sezonie niewiele już wywalczę, więc wybieram takie rozwiązania, które dadzą mi kopa, będą dla mnie wyzwaniem.

IMG_8593

Pływanie i jazda na rowerze
Zawsze, kiedy coś mnie boli, stawiam na inne sporty. Chodzę na siłownię, pływam, próbuję zajęć grupowych. Ale każdy, kto jest już uzależniony od biegania wie, że nic nie zastąpi tego narkotyku. Głód można lekko zagłuszyć, ale wciąż daje o sobie znać. Jest jednak coś, co daje mi podobne odczucia: pływanie. Jakiś czas temu, kiedy musiałam zrezygnować ze startu w upragnionym maratonie, odkryłam, że woda mnie uspokaja. Zaglądałam na pływalnię kilka razy w tygodniu i wyciszałam się. Po treningu poziom zmęczenia był podobny, a ja stawałam się łagodna jak baranek. Nie umiem pływać. Pierwsze baseny karulem, który pozostawia wiele do życzenia, pokonałam jakieś półtorej roku temu, kiedy przez dwa miesiące chodziłam na grupowe zajęcia do bardzo fajnego trenera Marcina Fabiszewskiego. Z dnia na dzień jednak pracowałam coraz więcej, spałam coraz mniej i z czegoś trzeba było zrezygnować.

czepek okulary
Na rowerze nie jeżdżę. Tak po prostu. Mam w sobie jakiś kretyński lęk przed ruchem na jezdni, samochodami. Zrobiłam prawo jazdy 12 lat temu i od tamtej pory nie siedziałam za kółkiem. Tak, wiem, to śmieszne, ale prawdziwe, a jak wiecie, ja lubię być szczera. Do bólu. W końcu każdy z nas ma jakieś wady. Mimo wszystko stwierdziłam, że chcę rower. Od kilku miesięcy sporą część mojego życia spędzam w Holandii. Tutaj pracuję, biegam i jak się domyślacie – grzechem byłoby nie jeździć na rowerze. Dlatego – po długim czasie poszukiwań i walki wszystkich wokół z moimi przekonaniami „Ja chcę stalową retro-szosę”, moja druga połowa przywiozła mi do domu takie cudo.

rower

Panna Anna i triathlon?
Bez obaw, to nie oznacza, że teraz z moim kulawym kraulem i zerowymi umiejętnościami jazdy na rowerze szosowym będę ci się pchać pod koła na różnych zawodach. Panna Anna Biega – tak było i tak zostaje. Nadal na wszelkiej maści imprezach głośno zaznaczam, że nie każdy marzy o triathlonie. Ja nie marzę. Po co mi pianka i rower? Znacie mnie na tyle, że zrozumiecie. Któregoś dnia odbieram telefon od Magdy Sołtys z polskabiega.pl.
– Aniu, myślałaś kiedyś o triathlonie? Współpracujesz z nami, może chciałabyś wystartować w naszym teamie w Gdyni?
– Przecież ja nie pływam, nie mam roweru. Nie – wzbraniałam się.
– Ale na dystansie sprinterskim dasz radę. Masz jeszcze chwilę. Pomożemy, podpowiemy co i jak. Zobacz, jest ekipa TVP i Polsatu – tam są sami wymiatacze: Dowbor, Grass, a my mamy taki luźny team Gazeta, gdzie kilka osób w ogóle będzie debiutować. Traktujemy to jako fajne wyzwanie, coś nowego, a nie walkę o złamanie 5 godzin na dystansie 1/2 Ironmana – dodała. I ten argument mnie przekonał. “Nowe wyzwanie bez ciśnienia”. Oczywiście jestem największą łamagą w teamie. Do pływania wróciłam w zeszłym tygodniu, rower mam w domu od wczoraj.

rowery winda

 

W kalendarzu mam kilka podróży, po drodze starty w górach (za trzy tygodnie Eiger Ultra Trail w Szwajcarii) – nie ma mowy o planie treningowym rozpisanym na każdy dzień. Nie ma mowy o tym, by wozić ze sobą rower. Pływać będę tam, gdzie akurat zdarzy się taka sposobność. Ale wiecie co? Dobrze jest w życiu próbować nowych rzeczy. Być może się nie uda. Być może spanikuję w wodzie, być może nie zmieszczę się w czasie, a może wywalę się na rowerze. Może się okazać, że nie ogarnę strefy zmian. I nie jestem bezmyślną ignorantką. Wczoraj pływałam, wieczorem testowałam rower. Nie przygotuję się tak, jak powinnam, bo najzwyczajniej w świecie chwilowo nie mam do tego warunków, ale zaangażowałam się i chcę spróbować. Chcę pokonać strach przed młynem w wodzie, chcę wsiąść na rower i nie bać się. I po to to robię. Każdego dnia powinniśmy próbować nowych rzeczy, wychodzić poza strefę komfortu, bo dopiero tam zaczynają się dziać fajne rzeczy. I nawet nie proszę cię tym razem o doping tylko o wyrozumiałość 🙂

pianka

Chcę wystartować raz, zobaczyć jak to jest. Rower będzie mi służył na długie wypady i wycieczki krajoznawcze w Holandii i nie tylko – szukałam go już od jakiegoś czasu, a pianka – z przyjemnością będę w niej pływać w morzu i jeziorze 🙂 Ot i cała historia. To już wiesz drogi czytelniku, po co mi pianka i rower.

Jak się przygotować do triathlonu?

Nie samym bieganiem człowiek żyje, bo ileż można? Triathlon staje się coraz bardziej popularną dyscypliną sportu i coraz więcej ludzi rozważa start w zawodach, gdzie trzeba najpierw przepłynąć odpowiedni dystans, później wsiąść na rower, a na samym końcu pobiec. Jak się przygotować do triathlonu? O to zapytałam kolegę, który właśnie trenuje do pełnego dystansu Ironmana!

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to wciąż brzmi przerażająco:

3,86 km (2,4 mil) pływanie,
180,2 km (112 mil) jazda na rowerze
42,195 km (maraton, 26,2 mil) bieg

Każdy, kto choć trochę miał do czynienia z tymi dyscyplinami, ma świadomość, ile wysiłku potrzeba, żeby przepłynąć blisko 4km, potem wsiąść na rower i przejechać prawie 200km, a na deser przebiec maraton!

Od czego zacząć, gdy myślimy o triathlonie? Jak znaleźć czas na tak wiele treningów? Co jeść, jak się regenerować, jak rozłożyć siły? O to wszystko zapytałam znajomego, Michała Dubaja, który kiedyś podszedł do mnie i powiedział “Chciałem Ciebie poznać, czytam Twojego bloga”, a dzisiaj to ja przeprowadzam z nim wywiad 🙂

Michał Dubaj podczas zawodów w Poznaniu w 2013 roku.

Pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, gdy mówimy o triathlonie to: totalny brak czasu na życie prywatne. Mam wrażenie, że treningi biegowe i tak zabierają mi sporo czasu w tygodniu, ok. 8 godzin, a tutaj jeszcze trzeba doliczyć pływanie i jazdę na rowerze. Jak to wygląda w praktyce? Ciężko to pogodzić z innymi obowiązkami?

To prawda treningi zajmują sporo czasu, szczególnie, gdy w planie mamy zrobić jeden po drugim tzw. zakładkę. Dojazd na pływalnię, długi trening, później jeszcze kilkanaście kilometrów do przebiegnięcia może oznaczać trzy do czterech godzin ciągłego ruchu, wliczając w to przebieranie się i przemieszczanie np. po dużym mieście. Gdy pracujemy, studiujemy i dodatkowo mamy wiele innych obowiązków związanych często z bliskim osobami, tego czasu jest naprawdę mało. Wtedy też łatwo zapomnieć kto, i co jest dla nas ważne. Ja trenuję sześć razy w tygodniu. Pracuję i studiuję więc organizacja dnia dla mnie jest bardzo ważna. Czasami ciężko wszystko zgrać tak, żeby się zakleszczało. Mówi się że triathlon oprócz pokory i wytrwałości, uczy też zarządzania swoim czasem. Ja się z tym zgadzam.

Kolejna argument na nie, to czynnik finansowy. Mówi się, że bieganie nie jest drogie, ale jak już zaczynasz sporo trenować, to okazuje się, że strój, buty, starty, gadżety do tanich nie należą. A tutaj jeszcze pianka czy rower, który chyba jest najdroższy z całego wyposażenia?

Bieganie teoretycznie nie powinno być drogą dyscypliną, ale w momencie kiedy w sezonie zużywa się 3-4 pary butów i do tego zawsze jesteśmy przygotowani na każde warunki pogodowe, to koszty zaczynają rosnąć. Tak może powiedzieć każdy ambitny biegacz. W przypadku triathlonistów jest już dużo drożej. Koszt roweru czasowego to przedział 6000-15000zł w takim przeciętnym przypadku. Można oczywiście redukować koszty. Kupić zwykły rower szosowy i przystosować go do triathlonu, ale to nadal wydatek kilku tysięcy złotych. To prawda rower jest najdroższy, ale musimy pamiętać też, że na nim spędzamy najwięcej godzin i musi być dla nas partnerem w treningu, a nie wrogiem. Dlatego wygoda przede wszystkim. Co do pływania, piankę kupujemy raz a dobrze, więc to jednorazowy wydatek rzędu 1000-1500 zł. Ale dla osób początkujących moim zdaniem to jest zbędny wydatek. Kiedy złożymy wszystko razem to robi się całkiem spora suma, jak na sport dla każdego amatora.

Co Cię podkusiło do tego, żeby postawić akurat na triathlon? Od którego sportu zacząłeś?

Zacząłem od trenowania sztuk walki. W wieku dwunastu lat zacząłem zgłębiać tajniki Aikido. Oprócz wypracowania ogólnej sprawności fizycznej nauczyłem się wytrwałości i szacunku do tego, co się robi. Jak dotąd dwanaście lat trenowania to kawał dobrego czasu w moim sportowym życiu. Od dziecka zawsze ważny był dla mnie rower ciągle, na nim jeździłem i ścigałem się na osiedlowych uliczkach. Miałem również przygodę ze skakaniem na rowerach BMX i z tego względu często zdarzało mi się być poturbowanym. W międzyczasie miałem okazję trenować strzelectwo sportowe, gdzie pośpiech nie był wskazany przy długich sesjach strzelania. To też pewnie miało wpływ na kilka rzeczy, które później w triathlonie można było wykorzystać. Ja swoją przygodę z triathlonem zacząłem od biegania, tuż przed rozpoczęciem się tej wielkiej mody jaka panuje teraz. Poznałem kilka osób, które już miały za sobą pierwsze zawody i tak się zaczęło. Pomyślałem, że jak dobrze się przygotuje to nie będzie to takie straszne, a jednocześnie zaspokoję swoją chęć zmierzenia się z czymś nowym, trudnym i będę miał kolejny raz możliwość postawienia sobie wysoko poprzeczki. Z pływaniem nie miałem problemu. Wystarczyło sobie przypomnieć kilka rzeczy i zacząć regularnie pływać. W liceum reprezentowałem szkołę w sztafecie, więc jakiś warsztat treningowy miałem już zrobiony. Przepłynięcie dwóch kilometrów w basenie nie było dla mnie problemem. Nie bałem się też otwartej przestrzeni jeziora. Od małego miałem do czynienia z dużym jeziorem na każdych wakacjach, a jak już byłem starszy to pływałem często w różnych jeziorach na obozach, czy kursie żeglarskim. Dla niektórych to może być duża bariera, szczególnie, jeśli dodamy do tego osiemset osób w około nas, tak jak miało to miejsce w zeszłym sezonie na najważniejszych zawodach w Polsce, Poznaniu, czy w Gdyni. Rower, jak wspomniałem wcześniej, zawsze był obecny w moim życiu i wiedziałem, że powtarzane słowa przez kolarzy “żeby jeździć, trzeba jeździć” to nie jest głupie gadanie i swoje w siodle trzeba wysiedzieć.

Która z tych trzech dyscyplin Twoim zdaniem wymaga największej uwagi? Z którą mamy najczęściej problem?  Ciebie tez to dotyczy? To chyba dość indywidualna sprawa.

Moim zdaniem najważniejszy jest rower, ponieważ na nim spędzamy najwięcej czasu. Często słyszę,  że wiele osób ma problem z pływaniem. Myślę, że poczucie tego, która z dyscyplin jest dla nas najbardziej uciążliwa jest bardzo indywidualną sprawą i może zależeć od wielu czynników, choćby nawet od budowy ciała. W moim przypadku problem z różnicą poziomu wytrenowania, trochę już się zmniejszył. Nadal czuję się mocny biegowo, jak trenuję regularnie i nie męczą mnie żadne kontuzje. Teraz ciężko mi powiedzieć, gdzie jestem słaby, ponieważ bardzo podniosłem poziom swojego pływania pracując z trenerem. Wszystko okaże się na zawodach w lipcu (1/4 IM), a później na IM w sierpniu 😉

Michał Dubaj podczas zawodów w Suszu w 2012 roku.

Kiedy pierwszy raz pomyślałeś o triathlonie i jaki dystans wybrałeś?

Pierwszy raz pomyślałem o zawodach, kiedy mój trener Aikido zrobił dystans 1/2 IM (1,9 km pływanie, 90 km rower, 21,097 km bieg) trzy lata temu. Stwierdziłem wtedy, że mógłbym chociaż raz zrobić coś podobnego i poczuć, jak to jest połączyć trzy dyscypliny w jedną. Wybrałem dystans 1/2 IM i uważam, że to był trochę za duży, jak na początek. Paradoksalnie poległem na części biegowej, ale wynikało to z błędów początkującego triathlonisty i związanego z tym braku doświadczenia.

W tej chwili szykujesz się do Ironmana. Brzmi strasznie! Mimo tego, że sama nie siedzę na kanapie, to nie umiem sobie wyobrazić prawie 4km w wodzie, 180 na rowerze i na deser jeszcze maraton! Dlaczego chciałeś to zrobić? Apetyt rośnie w miarę jedzenia?

Tak, trochę tak jest 😉 Pomyślałem, że jeśli na jesieni przebiegnę swój kolejny maraton na luzie w takim czasie, jak miałbym to zrobić na Ironmanie, to podejmę się tego zadania. I tak się stało. Wiem, że po 3,8 w wodzie można mieć już dosyć, a po 180km na rowerze to w sumie można iść już do domu i maraton zrobić sobie innym razem. Moc tego wyzwania jest dla mnie tak duża, że nie potrafiłem sobie tego odmówić, znając swoje możliwości fizyczne. Moim zdaniem taka świadomość jest bardzo ważna, jeśli podejmujemy się ciężkiego zadania. Trzeba wiedzieć ile organizm potrafi wytrzymać, żeby nie robić mu krzywdy tylko dla własnego widzimisię.

Jak wyglądają przygotowania do tak dużego wysiłku? Sporo wyrzeczeń?

Sporo. Na pewno wielu znajomych może mieć mi to za złe, że się nie odzywam i nie spotykam się z nimi. Cierpią na tym też, a raczej przede wszystkim, bliskie osoby. Nie lubię momentów, gdzie wiem, że powinienem być gdzieś w danej chwili, ale nie mogę bo np. mam zawody albo akurat jestem kilkadziesiąt kilometrów za miastem, jadąc na rowerze. To jest najgorsze. I zapobiegam takim sytuacjom, jak tylko mogę. Po za tym czasami brakuje robienia prostych rzeczy i normalnego relaksu. Praca, studia i trening oznaczają, że doba jest za krótka. Trzeba przecież też kiedyś wypoczywać, a najlepszą regeneracją jest sen, o który dbam, jak tylko mogę najlepiej. Ostatnio zacząłem podchodzić do tego z większym dystansem. Nie odpuściłem treningów, ale przestałem tworzyć sobie sztuczne ciśnienie, a to pomaga wrócić do człowieczeństwa i nie zamykać się, jak mnich w klasztorze. Przygotowania to żmudna praca nad własnymi słabościami i ogromna odporność psychiczna na wiele negatywnych czynników. Długie treningi w samotności, nierzadko ze sobą łączone i dobra dieta to podstawa w takim przygotowaniu. Do tego dochodzi jeszcze aspekt finansowy, obciążenie jest duże.

Co poradziłbyś komuś, kto jeszcze nigdy nie startował, ale powoli zaczyna myśleć o triathlonie? Mam wrażenie, że często porywamy się na początek na zbyt duży dystans.

Dokładnie tak jest. Musimy pamiętać, że nie możemy porywać się z motyką na słońce. Z tego co zauważyłem to częsty błąd. Szczególnie u biegaczy, którzy jeszcze dobrze nie biegają przez godzinę bez przerwy, a zapisują się na maraton. To bezmyślność. Tak samo jest z triathlonem. Jeśli ktoś mało biega, a na rowerze jeździ tylko w weekend, to niech nie myśli, że jest w stanie w krótkim czasie przygotować się do dystansu 1/2 IM. Dodatkowo sugerując się tym, co się dzieje w jego otoczeniu i tym, co robią bardziej doświadczeni (albo i nie) znajomi, uważam, że lepiej zacząć od krótkiego dystansu, który zmęczy ale jednocześnie będzie dawał komfort tego, co się robi. Nie sztuką się jest zajeżdżać i robić coś za wszelką cenę. Bo po zawodach też jest życie i lepiej dalej być zdrowym. Chodzi mi o to, że często nie zdajemy sobie sprawy, że konsekwencje takiej lekkomyślności nie muszą przyjść od razu. Nie musimy od razu myśleć “co będzie jak będę stary” ale o tym, co będzie za rok lub za dwa, kiedy organizm może nam przypomnieć o naszych występkach. Tak np:. dzieje się kręgosłupem. Kiedy nagle okazuje się, że kolano boli przez to, że nasza miednica jest zrotowana lub mamy tak napięte ciało, że różne bóle dokuczają nam przy codziennych czynnościach. To może być wynik nieprawidłowego dobierania obciążenia i powtarzania wielu negatywnych schematów np.: błędna technika biegu, czy złe ustawienie siodła i pozycji na rowerze. Mówię to z własnego doświadczenia i obserwacji innych, ale nie zawsze tak musi być. Pracuję z bardzo dobrym fizjoterapeutą, który z kolei pracuje z wieloma profesjonalistami i zawsze mi mówi, że trzeba najpierw nauczyć robić proste rzeczy dobrze, a dopiero później sobie dokładać, nigdy odwrotnie. Jeśli chcemy wystartować w triathlonie, to dobrze najpierw się zastanówmy, czy dla nas jest to bezpieczne (ważne są badania kardiologiczne) i czy na pewno nam się to podoba. Bo oprócz zdrowia czasami, może być też szkoda zmarnować pieniądze na sprzęt, który później nie będzie używany. Jak już zaczniemy trenować to należy pamiętać, żeby nie zachowywać się, jak zawodowiec, ponieważ to nie o to chodzi. Trzeba sobie uświadomić na samym początku, że jeśli nie mamy już dwudziestu lat, to raczej mało prawdopodobne jest to, że będziemy kiedyś z tego żyli i będziemy mistrzami świata. Jeśli wcześniej nie mieliśmy kariery sportowej i nasze ciało nie jest przyzwyczajone do dużych obciążeń, to po dziesięciu, czy dwudziestu latach małej aktywności sportowej i zwolnień z zajęć w-f  w szkole, nie wyznaczajmy sobie zbyt ambitnych celów, tylko realne. Starajmy się zrobić to najlepiej w miarę naszych możliwości. Niech to będzie wyzwanie dla nas samych. Dlatego triathlonem warto się bawić i czerpać z niego ogromną przyjemność pokonywania swoich słabości, a nie żyłować się i ciągle patrzeć na innych. Pamiętajmy też, że może to być uciążliwe dla naszej rodziny, jeśli nagle zmieniamy swój tryb życia. Ja często powtarzam, że triathlon jest dla każdego i każdy może tego spróbować, ale nie każdy powinien.

A jak Twoim zdaniem najlepiej byłoby w ogóle zacząć: najpierw wybrać jeden sport, za kilka miesięcy wziąć się za drugi i potem dodać trzeci, czy wszystko na raz? Mówię tutaj o totalnych początkujących, którzy do tej pory nie mieli nic wspólnego ze sportami wyczynowymi.
 
Myślę, że początkowo można wybrać bieganie. To najlepszy sposób, żeby podnieść swoją kondycję i przyzwyczaić ciało do ciągłego ruchu. Od początku warto też raz w tygodniu warto wybrać się na pływalnię, żeby rozluźnić ciało i dać odpocząć stawom. Jak mamy więcej czasu, to w weekend wybierzmy się na wycieczkę rowerową z rodziną lub przyjaciółmi. Oczywiście wszystko z umiarem. Po dłuższym czasie np. po roku biegania można pomyśleć, żeby pływanie trochę wydłużyć, poprawić technikę i robić ćwiczenia. Pływanie warto trenować w zimie, kiedy intensywność biegania maleje. Na wiosnę częściej wsiadać na rower np. jeździć codziennie do pracy i od czasu do czasu łączyć treningi. Takie postępowanie i odpowiednie dozowanie sobie obciążenia pozwoli nam bezpiecznie ukończyć krótki dystans triathlonu. Można stwierdzić, że okres roku czy dwóch lat jest długi, ale czy musimy się gdzieś ciągle spieszyć?

I ostatnie, ale nie najmniej ważne: przy tak dużym obciążeniu trzeba odpoczywać. Jaki jest najlepszy sposób na regenerację?

Dla mnie i pewnie nie tylko, ogromne znacznie ma sen i jego jakość. Na przykład zawodowi kolarze, tacy jak Mark Cavendish (najlepszy sprinter na świecie i mistrz świata ze startu wspólnego 2011), mówi że śpi średnio dziewięć godzin, a dodatkowo w ciągu dnia znajduje czas na krótką drzemkę. Jeśli pracujemy, studiujemy i jeszcze trenujemy czasu na sen jest mało. Ja staram się przespać siedem godzin i wtedy wiem, że jestem wystarczająco wypoczęty, żeby przystąpić do kolejnego dnia bez problemów ze zmęczeniem. Dodatkowo warto zaprzyjaźnić się z lodem. Masaż mięśni kostkami, czy też bryłą lodu przyspiesza ich regenerację. Jednak najważniejszym aspektem regeneracji jest odpowiednia dieta i to, jakie wartości odżywcze dostarczamy swojemu organizmowi. Po treningu koniecznie trzeba uzupełniać niedobory węglowodanów i białka. Na co dzień musimy też dbać, o to co jemy, bo często proces prowadzenia odpowiedniej diety jest długi i jego efekty widać dopiero po jakimś czasie, zaznaczając jednak, że u każdego w tym przypadku może być inaczej. Warto zdać sobie sprawę z tego, że jesteś tym, co jesz! Wszystkim trenującym, życzę zdrowia i powodzenia w dążeniu do celu 😉