Szukaj

Wpisy z tagiem
trail

O czym myśleć na zawodach, by (prawie) bez bólu dobiec do celu?

O czym myśleć na zawodach? O mecie! – tak odpowiedziałabym na to pytanie, gdybyś kazał mi wymienić pierwszą myśl, która przyjdzie mi do głowy. A zwykle pierwsza myśl jest najlepsza. Sprawa jednak nie jest taka prosta. Kiedy wrzucam info, że wystartowałam w biegu górskim na 20, 30,40km, a Rudzik na 80 czy 110km, pytacie się: “O matko? O czym Wy wtedy myślicie? “. Otóż myślimy o wielu sprawach: o pierdołach i o tych ważnych, czasem podejmujemy nawet życiowe decyzje. Na przykład o tym, czy to jest czas i miejsce na dziecko, myślałam podczas biegu na dystansie 40km na Maderze. Najważniejsze jest jednak nie to, o czym myślimy, tylko to, czym zajmujemy głowę, by szybciej i prawie bez bólu znaleźć się na mecie. I o tym chciałam dzisiaj napisać.  CZYTAJ WIĘCEJ

Czy nieudany bieg może zmotywować?

Czy kojarzysz ten moment, w czasie zawodów, kiedy zastanawiasz się co mogłeś zrobić, żeby lepiej się przygotować? Kilka lat temu, kiedy zaczynałem przygodę z bieganiem i zawodami, ta myśl przychodziła do mnie przy każdej ścianie w jaką uderzałem. A było ich wiele. Zawsze miałem zapał do robienia wielkich rzeczy, do podejmowania wyzwań. Najlepiej takich, które ludzie wokół uważali za niemożliwe. „Trzeba zaczynać od krótszych dystansów”, „Nie dasz rady utrzymać takiego tempa, zmień strategię” – słyszałem.
CZYTAJ WIĘCEJ

Zugspitz Ultratrail – nadchodzimy!

Mało w tym roku startuję w porównaniu do ubiegłych lat. Dawniej byłam chora jak przez dwa tygodnie nie jechałam na żadne zawody. I choć zarzekałam się, że „biegam tylko dla własnej przyjemności i w żadnych zawodach z nikim ścigać się nie będę” to szybko zrozumiałam, że przecież owe zawody właśnie po to są! Te emocje przed startem, ludzie wokół, którzy przeżywają to samo, wytyczona trasa, gdzie nie trzeba zatrzymywać się na pasach, woda, izotoniki, banany no i radość na mecie – toż to czysta przyjemność! A ścigać się z nikim nie trzeba, jedynie ze sobą samym.

biegne1

W tym roku przesunęłam większość startów na lato i jesień. Powód numer jeden: z kontuzji, należy wychodzić z pokorą, sporą dozą cierpliwości i jeszcze większą – zdrowego rozsądku. Tutaj trzeba zaufać swojej intuicji, nauczyć się gadać z własnym ciałem, a raczej słuchać go. Dlatego czasem spontanicznie je testowałam (Półmaraton w Hadze, Madeira Island Ultra Trail – 40km), bo wiedziałam, że mogę, a kiedy indziej pozwalałam mu odpocząć, bo czułam, że trzeba. Powód numer dwa: życiowe zawirowania. Są takie momenty, kiedy trzeba podjąć różnego rodzaju decyzje. W moim przypadku często zdarza się tak, że nie dotyczą jednej sfery tylko kilku na raz. Praktycznie z dnia na dzień życie wywraca się do góry nogami. I nawet, jeśli są to zmiany na lepsze, wymagają od nas odwagi, czasu na przystosowanie się do nowej sytuacji. Wówczas mamy wystarczająco dużo wrażeń. Motyle w brzuchu wywołane startem przez kilka tygodni są zbędne. Podglądam czasem znajomych, którzy mają różnego rodzaju zawirowania i decydują się na duże wyzwanie, żeby odreagować. Zwykle to się dobrze nie kończy. Nie ma czasu na sen, zapominamy o regularnym jedzeniu, stres zżera nas od środka. Poza tym umówmy się: głowa jest wtedy nabita zupełnie innymi myślami, delikatne przebieżki albo samotne sponiewieranie się na alejce w lesie czy na bieżni – to jest to, co wtedy działa najlepiej. Przynajmniej na mnie. Powód numer 3: w tym roku bardzo chciałam zobaczyć, jak się biega w górach poza granicami naszego kraju. Przez pierwsze dwa lata startowałam tylko w Polsce. jedynym wyjątkiem był maraton w Berlinie. I muszę przyznać, że bardzo to lubię. Kocham atmosferę naszych rodzimych zawodów, lubię biec ulicami miasta, które znam. Miło spotykać na starcie i w czasie biegu znajome twarze, a po zawodach wspólnie świętować i wymieniać się przy ulubionym makaronie spostrzeżeniami, których nikt poza nami nie zrozumie: „Tak, ale ten tunel na 12km to dał w kość, a potem ta kostka brukowa na 16km”.W zeszłym w Polsce przeniosłam się w góry (Rzeźniczek, Festiwal Biegowy w Krynicy, Ultramaraton Bieszczadzki), a na asfalcie startowałam głównie zagranicą (Półmaraton w Pradze, w Reykjaviku, pod Wenecją, dyszka w Londynie, piątka na Cyprze). W tym roku chciałam zobaczyć, jak wygląda przygoda w terenie ale poza granicami Polski. Za dwa dni startuję w zawodach Zugspitz Ultratrail.

profil trasy

Basetrail XL czyli 35km, przewyższenie 2 000 metrów – taki dystans wybrałam. Myślałam o krótszym, ale posłuchałam bardziej doświadczonych biegaczy i argument: „Ta trasa jest dużo ciekawsza i jest czas na fajną rozgrzewkę przed długim i wymagającym podbiegiem/podejściem” – przekonał mnie, bo ten punkt kulminacyjny rzeczywiście wygląda ciekawie:) Myślę, że zarówno podejście jak i ostry, długi zbieg na koniec, dadzą w kość. Ale czy nie o to w tej przygodzie chodzi?

Mini obóz biegowy w Szklarskiej

Zacznijmy od treningu: jeśli chodzi o przygotowania, to ciężko wszystko zorganizować, kiedy człowiek jest wiecznie w drodze. Życie na walizkach jest emocjonujące, ale ciężko zaplanować coś „na pewno”, bo po drodze zawsze może milion rzeczy wyskoczyć. Dlatego padł pomysł: zrobimy sobie mini obóz biegowy. Nie mogliśmy pozwolić sobie na urlop, bo pojedyncze dni dodane do weekendów, kiedy jeździmy na zawody, robią swoje, dlatego tradycyjny wyjazd nie wchodził w grę, ale znaleźliśmy inne rozwiązanie: zabierzemy pracę ze sobą i będziemy trenować popołudniu. I tak zrobiliśmy.

mini oboz

 

Codziennie pobudka przed 7 rano, zdrowe śniadanie na tarasie i do pracy rodacy. Potem przerwa na lunch, znowu kilka godzin skupienia i ok. 18 wychodziliśmy w góry (w weekend wcześniej). O tej porze roku, kiedy dni są długie, spokojnie można sobie na to pozwolić. Nie trenowaliśmy 3 razy dziennie, nie cisnęliśmy  tylko rozłożyliśmy siły tak, by wystarczyło ich na cały tydzień. Codziennie inna trasa w zależności od tego, jak intensywnie chcieliśmy trenować, ile mieliśmy siły i ile czasu chcieliśmy spędzić w górach. Jednego dnia wybieraliśmy bardzo wymagającą trasę, żeby popracować nad siłą i techniką, a innym razem wybieraliśmy łagodny teren, żeby zrobić spokojne dłuższe wybieganie. W sumie pokonaliśmy ok. 80km, każde z nas swoim tempem (są sposoby na to, by tak zorganizować, żeby każdy dał z siebie tyle ile może, ile chce). Do tego zdrowe jedzenie, no i ten niczym nie zmącony sen w górach… Było bosko.

chill

 

Ktoś chce z nami jechać następnym razem? Mamy już daty kolejnych takich wypadów, zapraszamy:)Towarzystwo innych biegaczy zawsze mile widziane. Piszcie.

Poza naszym „mini obozem” biegałam regularnie. Nie trenowałam jak zawodowiec, nie trzymałam się ściśle określonego planu, raczej skupiłam się na tym, żeby popracować nad wytrzymałością i siłą po przerwie. Ale najważniejsze jest to, że wreszcie śpię przyzwoicie ok. 6-7 godzin, co jak wiadomo na mnie jest wielkim sukcesem no i mam w sobie ten głód biegania, głód startowania w zawodach!

gorki

 

Prawie spakowani

No i zaczyna się najgorszy moment: pakowanie. Po każdych zawodach obiecuję sobie, że tym razem wcześniej zacznę przygotowania. Sprawdzę listę niezbędnych rzeczy, zobaczę czy wszystko mam. Oczywiście na obiecankach się kończy. Wiecznie w pośpiechu, na ostatni moment. Taka się urodziłam i chyba taka już umrę, i choć staram się to zmienić, to nie wychodzi. Na Maderze, zamiast spać, do późnych godzin nocnych przyszywałam numer startowy do koszulki, bo nie miałam ani jednej agrafki ani pasa. Byłam już tak zmęczona, że jak skończyłam robotę, zorientowałam się, że przyszyłam numer startowy na lewą stronę… Machnęłam ręką i poszłam spać. Wystartowałam ze z metkami na wierzchu. Przynajmniej nic mnie nie obtarło.

zdjęcie 1
Kurtka w razie załamania pogody, plecak z bukłakiem na wodę, folia NRC, coś przeciwbólowego, bandaż – zaczyna się wyliczanie. I choć już tyle razy startowałam w górach, zawsze czegoś brakuje. Dorzucam jeszcze plastry Compeed, żeby w razie otarć, szybko “zrobić sobie drugą skórę” – zawsze dla żartu tak nazywam ten zabieg. Pomaga. Wrzucam jeszcze batony energetyczne. Żeli nie lubię, mam wrażliwy żołądek. Tym razem kupiłam sobie ulubione batoniki, które robione są tylko z suszonych owoców i orzechów. Na wszelki wypadek biorę też batona proteinowego. Jeszcze nie wiem, co ostatecznie wyląduje w moim plecaku, bo z tego co widzę, na punktach żywieniowych jest wszystko: i żele, i owoce i batoniki. Zasada jest prosta: im mniej weźmiesz ze sobą tym lepiej, tylko ja i mój brzuch nie za bardzo lubimy nowości, których wcześniej nie testowaliśmy.
bagaz
Ostatnie szlify przed startem
Nie podchodzę do tego startu bardzo poważnie. Chcę pobiec, chcę to zrobić jak najlepiej, ale nie analizuję trasy, nie układam strategii, nie trzymałam się żadnego planu treningowego, po prostu całkiem przyzwoicie biegałam. Dlatego jeszcze w ostatni weekend zafundowaliśmy sobie ostatni dłuższy trening (mówię MY, bo choć – jak zawsze – wybraliśmy różne dystanse, to startujemy we dwoje) a teraz odpoczywamy i dobrze się odżywiamy. Jemy dużo warzyw, owoców, kasz, trochę makaronu, ryb i pijemy nasze ukochane koktajle. Gdzie będziemy spać? W samochodzie – na szczęście da się to zrobić wygodnie. W końcu jak się chce tyle biegać, to trzeba się nauczyć robić to tanio 😉
nutri owoce

I choć znowu wszystko na ostatnią chwilę, na wariata, to cholernie się cieszę, że biegnę! Bardzo za tym tęskniłam…Ahoj przygodo! Start już w sobotę!

Bieganie w lesie: 6 powodów na TAK

Co nas nie zabije, to nas wzmocni – mówi stare porzekadło. Banał? Wyświechtany slogan? Coś jednak sprawia, że pewne hasła stają się powtarzanymi przez lata mądrościami. Jednego dnia czujesz się tak, jakby cały świat funkcjonował dla ciebie: wszystko, o czym nawet nie zdążysz jeszcze pomyśleć – dzieje się, zmiany, których zawsze się bałeś, nadchodzą i dowiadujesz się o sobie rzeczy, jakich jeszcze nie wiedziałeś. Ale to dobre wiadomości. Następnego dnia wszystko obraca się o 180 stopni. I co? Położyć się do łóżka z kubłem lodów czekoladowych, włączyć komedię romantyczną i płakać? Albo iść na piwo z kolegami i kompletnie się sponiewierać? Hm… to może pomóc w sytuacji, gdy chodzi o sprawy sercowe, chociaż pamiętam do dziś, że kilka lat temu, gdy przeżywałam różne takie ceregiele wskoczyłam na bieżnię (bo jeszcze wtedy nie biegałam tylko ćwiczyłam na siłowni) i biegłam ile sił w nogach. Łzy spływały mi po policzkach, kapały na monitor, na bieżnię, ale ja leciałam dalej. Musiałam się kilka razy zatrzymać, złapać oddech, przetrzeć twarz, ale próbowałam jeszcze raz i jeszcze raz. Nie obchodziło mnie to, czy ktoś patrzy i myśli sobie, że mam nierówno pod sufitem. Nic mnie nie obchodziło, biegłam dalej. Dziś poszłabym do lasu!

IMG_1564

Uwielbiam biegać – o tym już wiesz. Kiedy się nad tym głębiej zastanowię, to uświadamiam sobie, że kocham ten sport niemalże w każdej odsłonie. Zimowe poranki, gdy jest jeszcze ciemno, a ty wstajesz nieprzytomny i po omacku wsuwasz buty na stopy, brzmią groźnie i nieprzyjaźnie ale mają ogromny urok. Przebieżka wśród świateł wielkiego miasta w upalną noc idealnie odstresowuje po całym dniu. Bieganie w śniegu, w błocie, na plaży. Znienawidzony wyścig na dychę, gdy cztery razy obiecuję sobie, że za kilometr schodzę z trasy, ukochany półmaraton, czy wyczekany maraton. Tak, siedząc przy porannej kawie mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że kocham każdą odsłonę tego sportu, ale nic nie oczyszcza i nie koi tak bardzo jak las, a jeszcze lepiej: las w górach.

560203_928450730510297_2839666301758738990_n

6 powodów, dla których musisz iść do lasu

Słuchaj i oddychaj
Idealne rozwiązanie: zostaw w domu pulsometr, GPS’a (no chyba, że nie masz tendencje do tego, by się gubić;), nie bierz muzyki. Wbiegnij na leśną ścieżkę, zaciągnij się zapachem liści, szyszek, mchu, posłuchaj wiatru, ptaków i swojego oddechu. Gwarantuję, że już po kilkunastu minutach poczujesz, jak schodzi z ciebie cały stres. Będziesz miał ochotę tańczyć i śpiewać!

Daj odpocząć stawom
Łapią cię kontuzje? Po wielu kilometrach na asfalcie czujesz, że zaczynać cię coś boleć w biodrze, kolanie, tu coś uwiera, tam puchnie? Przenieś się na miękkie podłoże, a od razu poczujesz ulgę. Owszem, bieganie w lesie jest wymagające: trzeba uważać na korzenie, kamienie, różnego rodzaju nierówności, ale dzięki temu stopy pracują dużo ciężej niż podczas biegania na asfalcie. Staraj się wplatać tego typu treningi do swojego planu, a na pewno nie pożałujesz!

IMG_1559

Nakarm swoje oczy
Otoczenie! Jej, nie ma słów, które wyrażą to, co zobaczą twoje oczy, kiedy wybierzesz się na przebieżkę do lasu. Krajobraz wiecznie się zmienia, zieleń ukoi cię, zachwyci, uspokoi. Kiedy biegam w lesie, głowa lata mi na wszystkie strony i ciągle mam ochotę złapać kogoś za rękę i powiedzieć: patrz, ale tu jest pięknie!

Spędź czas sam ze sobą
No właśnie: “złapać kogoś za rękę”, ale nie zawsze jest kogo, bo bieganie w lesie nabiera jeszcze lepszego wymiaru, gdy biegasz sam. Wiadomo, wszystko w granicach rozsądku, bo nie jest to rozwiązanie bezpieczne. Jeśli dobrze znasz miejsce, wybierasz się na krótki trening i jest środek dnia, to warto wziąć ze sobą telefon i potruchtać w okolicy, ale wszystko z głową. Najlepiej wybrać się do lasu w dwie lub więcej osób. Niech każdy biegnie swoim tempem, czasem wraca, wyprzedza, mija, żeby mieć mały kontakt, ale być samemu ze swoimi myślami, planami, żeby pogadać ze swoim ciałem.

IMG_1176

Schroń się przed upałem i deszczem
Pada? A może żar leje się z nieba? Las to idealne schronienie! Kiedy wieje, tutaj możesz się schronić i biegać w komfortowych warunkach. W czasie deszczu też jest znacznie bardziej sucho, a w upały – chłodniej. Miejscówka idealna na każdą pogodę!

Bądź częścią tego świata!
I na koniec najważniejsze: kontakt z naturą. Nie ma nic lepszego niż ten moment, kiedy zapominasz o wszystkich problemach, czujesz totalną wolność: możesz biec przed siebie, gdzie tylko chcesz i jak długo chcesz. Czujesz, że jesteś częścią tego wszechświata. Bezcenne!

IMG_1554

Ja jeszcze lubię na koniec przytulić się do brzozy 🙂