Szukaj

Wpisy z tagiem
PZU Festiwal Biegowy w Krynicy

Pierwszy start w górach na serio

Nie mogę zasnąć. Ciężko się położyć spać wcześniej niż zazwyczaj, kiedy emocje sięgają zenitu, a do tego jest tyle kwestii, które trzeba przemyśleć: Jak się spakować, by było wygodnie? Żele czy batony energetyczne? Zakładać kurtkę czy jednak wystartować w samej koszulce, po cichu licząc na to, że od razu się rozgrzeję? To dopiero początek długiej listy pytań. Potem siadam nad mapą i ze znajomymi analizuję trasę. To pierwszy taki start, nie wiem jak będzie, czego się spodziewać i jak zwykle wszystko zostawiłam na ostatnią chwilę. Cóż, taka jestem i trzeba to zaakceptować, trzeba z tym żyć.

zdj?cie-9

Zmęczona podróżą i wszystkimi sprawami organizacyjnymi kładę się spać ok. 23.00. Jest nas troje: Justyna, Marcin i ja. Oczywiście nikt nie zasypia. Wprost przeciwnie wszyscy są ożywieni, zaczynamy żartować i śmiać się tak głośno, jakbyśmy usłyszeli najlepszy dowcip w życiu. W końcu zasypiamy. Niestety nie na długo, dwie godziny później odzywa się budzik. Nie chce mi się spać. Mam w sobie tyle emocji, że od razu zrywam się z łóżka, lecę pod prysznic i jestem gotowa. Dziwnie wciska się w siebie bułkę z dżemem kilka minut po pierwszej w nocy i popija kawkę, ale jakoś to idzie. Humory dopisują, a to najważniejsze.

Śniadanie przed startem

W drodze na start nawet sobie podskakuję, trochę tańczę, coś tam nucę, śpiewam – myślałam, że będę się denerwować, bać, odczuwać zmęczenie, niechęć. Nic podobnego! Nogi same rwą się do tego, by wreszcie wystartować. No i doczekały się! Przyszedł czas na to, by zmierzyć się z dystansem 36 kilometrów podczas Festiwalu Biegowego w Krynicy!

Grunt to spokój
Szybko okazuje się, że wszystkie moje obawy były kompletnie nieuzasadnione. Bieganie nocą z czołówką jest całkiem fajne. Na początku jest nas tak dużo, że o ciemności można zapomnieć, a w miarę pokonywania kolejnych kilometrów, stopniowo oswajać.

zdj?cie-3-kopia

Później przychodzi najlepsze: w lesie zapada niesamowita cisza. Przyzwyczajona do zgiełku na każdym kroku: czy to podczas porannego treningu w parku, czy w czasie pracy w open space, doceniam ją jeszcze bardziej. „Ale tu jest cicho!” – powtarzam z niedowierzaniem co kilka minut do Marcina, który biegnie ze mną przez pierwszą godzinę. Zaraz później do pracy włączają się kolejne zmysły: zapach działa na mnie tak, że zapominam o wszystkim. I tak w środku nocy, na stromym podbiegu czy właściwie podejściu pod Jaworzynę, drepczę sobie z uśmiechem od ucha do ucha, uwiedziona leśną głuszą i aromatem, który kojarzy mi się ze świętami. Kiedy czuję, że mój oddech przestaje był równomierny, a tętno zaczyna szaleć, podchodzę. Gdy wyrównuje się, zaczynam lekko „drobić” pod górę. Dzięki tej strategii nie jestem zmęczona, nie spalam się, ale jednocześnie mknę do przodu. Na zbiegach jestem ostrożna, przynajmniej na razie. Pozwalam się wyprzedzać, bo w głowie już mam plan: zaszaleję, jak tylko zrobi się jasno. Po ciemku nie będę ryzykować. Pora oswoić się z ą sytuacją.

By nie zabrakło energii
Na co dzień nie biegam z plecakiem. To była moja kolejna obawa: czy nic nie będzie mi przeszkadzać? Nie przeszkadza. Spakowałam: koszulkę na zmianę, skarpetki, lekką kurtkę – wszystko na wypadek, gdyby zaczęło lać. Do tego mam żele, batona, mini apteczkę, telefon. I choć nie jestem głodna, pierwszą porcję energii dostarczam sobie mniej więcej po 50 minutach od startu. Akurat jestem na podbiegu więc spokojnie mogę sobie na to pozwolić. Tym razem padło na ALE, bo ostatnio testowałam je podczas wypadu w góry i przekonuje mnie ta konsystencja: na upartego można ich w ogóle nie popijać.

zdj?cie-3

Zaczynam od zwykłego, a na ostatnich kilometrach zapodaję sobie żel z kofeiną. Nie wiem czy to działa, ale najważniejsze, że działa na głowę. Być może to placebo, nie wnikam. Ważne, że ja mam poczucie na zasadzie: „O, teraz będzie moc!”. W końcu głowa jest w stanie zdziałać cuda. Gdzieś w połowie trasy sięgam po batona: zawsze dla odmiany przyjemniej jest coś porzuć. W tej kwestii wybrałam Agisko, bo mam wrażliwy żołądek, a te są w miarę naturalne i nie powodują u mnie żadnych sensacji.

zdj?cie-3

Zasada jest jednak taka: żadnych nowości. Jeśli do tej pory czegoś nie przetestowałeś, na pewno nie rób tego podczas zawodów.

Buty i leginsy dały radę
W terenie jeden fałszywy krok grozi poważną kontuzją, o czym przekonałam się na własnej skórze biegając kilka tygodni temu w Beskidach. Kostka do dziś daje o sobie znać, ale biegać można – uffffff! Przede mną jeszcze sporo pracy. Dlatego wygodne, stabilne buty, w których czujesz się pewnie, to podstawa. W Warszawie rzadko mam okazję biegać w butach terenowych ale co tam: parę Nike Zoom Tera Kiger, w których chciałam wystartować, zabrałam kilka razy na trening do parku. Nie było innego wyjścia, by się z nimi zaprzyjaźnić, zabrakło mi czasu. Najważniejsze, by nie startować w butach, których nie znasz. A już szczególnie w trudnym terenie i na dłuższym dystansie, bo czy przyjemnie będzie dreptać w niewygodnych butach przez blisko 5 godzin?

zdj?cie-7

Na tyłek założyłam leginsy, które mają aż trzy kieszonki. Bardzo praktyczne rozwiązanie: dzięki temu, możesz mieć pod ręką żele a miłośnicy strzelania fot i łapania widoczków, mogą z powodzeniem tam schować telefon.

zdj?cie-8

Podobno biegi górskie od miejskich różnią się przede wszystkim tym, że w większym stopniu pokonujesz je… głową. Czy tak rzeczywiście jest? Tego jeszcze nie wiem. Nie pokonałam tak dużego dystansu, bym musiała odłączać głowę od reszty ciała. Jedno jest pewne: trzeba się do nich lepiej przygotować, choćby organizacyjnie i mieć świadomość, że nie da się wszystkiego zaplanować. Tutaj wszystko zależy od wielu czynników: pogody, ubrania, które na siebie założysz, korzenia, którego możesz nie zauważyć… I za to je kocham! Są nieprzewidywalne, inne, dają poczucie niczym niezmąconej wolności. To trochę taki powrót do natury i ucieczka od wielkiego miasta i zorganizowanego życia. „Powinnaś częściej jeździć w góry. Wracasz inna, lepsza” – usłyszałam ostatnio i dlatego zamierzam częściej tam wracać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PZU Festiwal Biegowy w Krynicy: grunt to podejście!

Na początku pojawiła się chęć i ogromna ekscytacja: „Rzeźniczek był świetny! Pobiegnę coś nieco dłuższego i zobaczę”. No to wybrałam sobie 36km na Festiwalu Biegów Górskich w Krynicy tylko z tej całej euforii nie sprawdziłam, że start jest o 3:20… Cholera, nigdy nie biegłam w nocy.

na szczycie male

Tak, wiem, wszystkie biegi ultra w górach zaczynają się o podobnej porze, ale ja nie startuję w ultra! To „tylko” 36km! Po co startować w nocy? Za pewne ze względów organizacyjnych. Najpierw zwątpiłam: czyli pobudka o 1:00, na pewno zasnę o 22:00 na te trzy godziny, gdy adrenalina będzie na takim poziomie. Już to widzę! Do tego nigdy nie biegałam w nocy! Jakby tego było za mało to jeszcze górach! Przyznaję: chodziło mi po głowie, by zrezygnować. Do wczoraj wahałam się: może wymienić ten bieg na półmaraton, który odbywa się dzień później i start jest o ludzkiej porze, o 8:30? Do tego przeanalizowałam trasę: dużo łatwiejsza. No to mamy zwycięzcę! Ale zaraz, zaraz, czy o to chodzi? O to, by było łatwiej? Przecież gdyby o to mi chodziło, nie wybierałabym sobie biegów górskich, nie wymieniłabym Maratonu Warszawskiego na Maraton Bieszczadzki, z którym – teraz już mogę powiedzieć oficjalnie – chcę się w tym roku zmierzyć. No nie, ja nie lubię, jak jest łatwo. Przecież, gdy jest trudniej, to jest zabawa.

I dopiero dziś poczułam się podekscytowana. Dlaczego? Dojechałam wczoraj wieczorem do Katowic, spotkałam się z Justyną i Marcinem, wypakowaliśmy buty, koszulki, plecaki, czołówki, kurtki, żele. Zaczęliśmy się zastanawiać co założyć, jak dopasować plecak i tak dalej. Wiem, Was to może bawić, ale dla kogoś, kto do tej pory opracowywał jedynie strategię, czy maraton na asfalcie lecieć równo, czy zdecydować się na negative split (w dużym skrócie: zaczynamy wolniej, energię zachowujemy na to, by stopniowo przyspieszyć) to coś zupełnie nowego. I wtedy dotarło do mnie: ile tutaj jest czynników, które mogą sprawić, że bieg będzie taki, a nie inny? Poczułam się jak w filmie przygodowym albo jakiejś dobrej grze: czeka mnie misja i trzeba się przygotować, przemyśleć wszystko i nocą ruszyć w poszukiwaniu wrażeń. Ale fajnie! I to nie jest film! Mogę zrobić to na serio! Dziś obudziłam się z uśmiechem na twarzy i pomyślałam, że już nie mogę się doczekać. I tak, wiem, na pewno nie raz będę przeklinać, żałować, że jestem taka stuknięta, że o 3:20 ruszam w las na podbiegi i zbiegi. Tak, wiem, pewnie będzie bolało, będzie mokro, ciężko, ale przede wszystkim będzie zabawa i fajni ludzie, których łączy ta sama pasja. Będzie przygoda, a przecież o to w życiu chodzi! Proszę trzymać kciuki! Za 9 godzin start.