Szukaj

Wpisy z tagiem
jazda na rowerze

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść…

Przyznaj się, lubisz to. Tę nieprzespaną noc, ten ściśnięty żołądek, do którego próbujesz na siłę coś wcisnąć. Jesz z rozsądku, bo tak naprawdę wszystko jest bez smaku. Bułka, płatki, banan, ser, dżem – to nie ma znaczenia. Znowu musisz iść do toalety. Tak zwany „nerwosik” nie odpuszcza nawet na moment. „Numer startowy, agrafki, żel” – szybko sprawdzasz, czy na pewno o niczym nie zapomniałeś. I mimo tego, że powinno dopaść Cię zmęczenie, adrenalina sprawia, że działasz na najwyższych obrotach. Tak, lubisz to, no przyznaj się. Start w zawodach jest jak dobry seks: na moment przejmuje władzę nad całym Twoim ciałem, nic innego się nie liczy, nie ma znaczenia, nie istnieje. Jesteś tylko Ty, trasa i zadanie do wykonania. I ta satysfakcja na mecie… Bezcenne, nie do opisania. I choć dałeś z siebie wszystko, mógłbyś tańczyć do białego rana. Wypełnia Cię radość, chęć do życia, a jedzenie znowu ma smak. I to jaki! Przyznaj się, lubisz to. To wiesz jak trudno z tego zrezygnować… CZYTAJ WIĘCEJ

Triathlon? Serio? Czyli po co mi pianka i rower!

Zawsze, kiedy słyszałam zdanie: „Prędzej czy później każdy biegacz wkręci się w triathlon” szybko reagowałam: „Nieprawda!”. I nadal jestem tego zdania. Owszem, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Na początku każdy się zapiera: „Ja to w ogóle nie będę startować w zawodach, biegam tylko dla siebie”. Tylko niby dla kogo innego miałyby być te starty, jeśli nie dla nas samych? Potem pierwszy start i chęć zmierzenia się na innym dystansie. Biegniesz na 10 km, potem startujesz w półmaratonie, wreszcie chcesz się sprawdzić na królewskim dystansie. Za chwilę pojawia się chęć poprawiania „życiówek”. A może ultra? – pewnego dnia do głowy przychodzi taka myśl. Bieganie nie jest nudne. Bieganie nie daje małych możliwości. Ciągle możesz spróbować czegoś nowego, poprawić się w jakiś sposób (jeśli już nie lepszym wynikiem to np. bardziej wymagającą trasą). Możesz połączyć bieganie z podróżowaniem, balem przebierańców, biesiadą, powalczyć na torze przeszkód.

IMG_0071

Walka o wytrzymałość
Ja za taką moją nową odskocznię uznałam biegi górskie. Pokochałam te widoki, atmosferę, kontakt z przyrodą i ludźmi. Polubiłam ten stan, kiedy walczę sama ze sobą, ale nie po to, by utrzymać szybkie tempo, tylko przekonuję samą siebie, że ten zbieg mnie nie zabije, że podbieg jest mniej stromy i krótszy niż się wydaję. Oglądanie profilu trasy, pakowanie plecaka w taki sposób, by pamiętać, gdzie masz przekąskę, a gdzie proszek przeciwbólowy w razie nagłej potrzeby, wyliczanie, ile picia wziąć, by wystarczyło, ale też nie było za ciężko – to wszystko sprawia, że czuję się, jakbym brała udział w jakiejś grze przygodowej. I bardzo to polubiłam. Taka miejska dziewczyna jak ja, przyzwyczajona do pracy w korporacji, szybkiego tempa, jeszcze szybszej kawy w mieście i wszechobecnego zgiełku pokochała to błoto, te załamania pogody, ten zupełnie inny wymiar zmęczenia. Takie górskie sponiewieranie.

zdj?cie-7

I nie mówię, marzę o tym, żeby wrócić na asfalt i powalczyć o dobry czas. Mam łzy w oczach jak sobie przypomnę to uczucie, które towarzyszy ci wtedy, kiedy walczysz na maratonie o życiówkę. Bardzo chciałabym poczuć to choć raz jeszcze. Niestety najpierw jedna kontuzja, później druga wyprowadziły mnie lekko z równowagi, nauczyły pokory. Dlatego dziś jestem spokojna: wiem, że wrócę do dawnej miłości, ale wszystko na spokojnie, z głową, tak, by sobie nie zaszkodzić. Skoro teraz noga nie boli mnie wtedy, gdy biegam w terenie, to poobcuję z przyrodą, popracuję nad wytrzymałością i siłą, które kiedyś będą dla mnie dobrą bazą. Pojedyncze starty w mieście oczywiście mile widziane, po prostu mam świadomość tego, że w tym sezonie niewiele już wywalczę, więc wybieram takie rozwiązania, które dadzą mi kopa, będą dla mnie wyzwaniem.

IMG_8593

Pływanie i jazda na rowerze
Zawsze, kiedy coś mnie boli, stawiam na inne sporty. Chodzę na siłownię, pływam, próbuję zajęć grupowych. Ale każdy, kto jest już uzależniony od biegania wie, że nic nie zastąpi tego narkotyku. Głód można lekko zagłuszyć, ale wciąż daje o sobie znać. Jest jednak coś, co daje mi podobne odczucia: pływanie. Jakiś czas temu, kiedy musiałam zrezygnować ze startu w upragnionym maratonie, odkryłam, że woda mnie uspokaja. Zaglądałam na pływalnię kilka razy w tygodniu i wyciszałam się. Po treningu poziom zmęczenia był podobny, a ja stawałam się łagodna jak baranek. Nie umiem pływać. Pierwsze baseny karulem, który pozostawia wiele do życzenia, pokonałam jakieś półtorej roku temu, kiedy przez dwa miesiące chodziłam na grupowe zajęcia do bardzo fajnego trenera Marcina Fabiszewskiego. Z dnia na dzień jednak pracowałam coraz więcej, spałam coraz mniej i z czegoś trzeba było zrezygnować.

czepek okulary
Na rowerze nie jeżdżę. Tak po prostu. Mam w sobie jakiś kretyński lęk przed ruchem na jezdni, samochodami. Zrobiłam prawo jazdy 12 lat temu i od tamtej pory nie siedziałam za kółkiem. Tak, wiem, to śmieszne, ale prawdziwe, a jak wiecie, ja lubię być szczera. Do bólu. W końcu każdy z nas ma jakieś wady. Mimo wszystko stwierdziłam, że chcę rower. Od kilku miesięcy sporą część mojego życia spędzam w Holandii. Tutaj pracuję, biegam i jak się domyślacie – grzechem byłoby nie jeździć na rowerze. Dlatego – po długim czasie poszukiwań i walki wszystkich wokół z moimi przekonaniami „Ja chcę stalową retro-szosę”, moja druga połowa przywiozła mi do domu takie cudo.

rower

Panna Anna i triathlon?
Bez obaw, to nie oznacza, że teraz z moim kulawym kraulem i zerowymi umiejętnościami jazdy na rowerze szosowym będę ci się pchać pod koła na różnych zawodach. Panna Anna Biega – tak było i tak zostaje. Nadal na wszelkiej maści imprezach głośno zaznaczam, że nie każdy marzy o triathlonie. Ja nie marzę. Po co mi pianka i rower? Znacie mnie na tyle, że zrozumiecie. Któregoś dnia odbieram telefon od Magdy Sołtys z polskabiega.pl.
– Aniu, myślałaś kiedyś o triathlonie? Współpracujesz z nami, może chciałabyś wystartować w naszym teamie w Gdyni?
– Przecież ja nie pływam, nie mam roweru. Nie – wzbraniałam się.
– Ale na dystansie sprinterskim dasz radę. Masz jeszcze chwilę. Pomożemy, podpowiemy co i jak. Zobacz, jest ekipa TVP i Polsatu – tam są sami wymiatacze: Dowbor, Grass, a my mamy taki luźny team Gazeta, gdzie kilka osób w ogóle będzie debiutować. Traktujemy to jako fajne wyzwanie, coś nowego, a nie walkę o złamanie 5 godzin na dystansie 1/2 Ironmana – dodała. I ten argument mnie przekonał. “Nowe wyzwanie bez ciśnienia”. Oczywiście jestem największą łamagą w teamie. Do pływania wróciłam w zeszłym tygodniu, rower mam w domu od wczoraj.

rowery winda

 

W kalendarzu mam kilka podróży, po drodze starty w górach (za trzy tygodnie Eiger Ultra Trail w Szwajcarii) – nie ma mowy o planie treningowym rozpisanym na każdy dzień. Nie ma mowy o tym, by wozić ze sobą rower. Pływać będę tam, gdzie akurat zdarzy się taka sposobność. Ale wiecie co? Dobrze jest w życiu próbować nowych rzeczy. Być może się nie uda. Być może spanikuję w wodzie, być może nie zmieszczę się w czasie, a może wywalę się na rowerze. Może się okazać, że nie ogarnę strefy zmian. I nie jestem bezmyślną ignorantką. Wczoraj pływałam, wieczorem testowałam rower. Nie przygotuję się tak, jak powinnam, bo najzwyczajniej w świecie chwilowo nie mam do tego warunków, ale zaangażowałam się i chcę spróbować. Chcę pokonać strach przed młynem w wodzie, chcę wsiąść na rower i nie bać się. I po to to robię. Każdego dnia powinniśmy próbować nowych rzeczy, wychodzić poza strefę komfortu, bo dopiero tam zaczynają się dziać fajne rzeczy. I nawet nie proszę cię tym razem o doping tylko o wyrozumiałość 🙂

pianka

Chcę wystartować raz, zobaczyć jak to jest. Rower będzie mi służył na długie wypady i wycieczki krajoznawcze w Holandii i nie tylko – szukałam go już od jakiegoś czasu, a pianka – z przyjemnością będę w niej pływać w morzu i jeziorze 🙂 Ot i cała historia. To już wiesz drogi czytelniku, po co mi pianka i rower.

Rajd przygodowy: Po co i dla kogo?

Jeszcze trzy lata temu na taką “asfalciarę” jak ja, hasła typu rajd przygodowy, działały tak: fajnie, ale niech inni to sobie robią. Im większa jest jednak moja tęsknota za naturą i miłość do gór, tym bardziej widzę siebie w śliskim błocie, stromych skałach i lodowatej wodzie. Może jeszcze nie w tym roku, ale kiedyś… rozważam. A żeby było o czym myśleć, ostatnio trochę zaczęłam pytać tu i ówdzie. Pomyślałam, że skoro mnie to interesuje, to może was również. Zapraszam do lektury. Na moje pytania odpowiadał Kuba Wolski, rajdowiec i organizator www.krajnaar.hillsprint.pl i www.mtchallenge.hillsprint.pl

Rajd przygodowy: brzmi fajnie, ale mam wrażenie, że w naszym kraju to wciąż mało popularne imprezy. Co to właściwie jest? Jak opisać to totalnym laikom takim jak ja?

Rzeczywiście rajdy przygodowe nie są popularne, ale trzeba by zacząć od czegoś innego – aktywność fizyczna i uprawianie sportu nie są w naszym kraju popularne. Ludzie wieku 35+ zaczęli od kilku lat „odkrywać”, że warto się ruszać, że czegoś w ich życiu brakuje. Mówi się, że mamy w Polsce boom na bieganie, ale tak naprawdę nadal nie jest to aktywność bardzo popularna i jeszcze długo nie będzie, dopóki nie zmieni się podejście do sportu dzieci i młodzieży. Dlatego, jeśli wyjść z założenia, że sport jako taki (z wyjątkiem kibicowania), nie jest popularny, to rajdy przygodowe są po prostu niszowe – z prostej przyczyny – wymagają jeszcze więcej zaangażowania niż najprostsza forma ruchu, jaką jest bieganie. Rajdy przygodowe, to przede wszystkim sport zespołowy, co stanowi pierwszą „przeszkodę” – musisz mieć partnera/partnerkę, żeby wystartować w zawodach, po drugie multidyscyplinarny, a po trzecie na orientację. To są trzy najważniejsze cechy, które są jednocześnie ogromną zaletą i wadą – zaletą dlatego, że zawody są po prostu ciekawe – biegasz, jeździsz na rowerze, płyniesz kajakiem, wykonujesz po drodze różne zadania specjalne, a do tego cały czas musisz myśleć, bo nie wystarczy po prostu przebierać nogami, jak w triathlonie – musisz to jeszcze robić w odpowiednim kierunku, żeby dotrzeć do kolejnych punktów kontrolnych zaznaczonych na mapie. Te same cechy są jednocześnie wadą, bo tak jak powiedziałem wcześniej – wymagają zaangażowania ze strony uczestnika, wyjścia poza pewną strefę komfortu – ktoś nie umie posługiwać się mapą, ktoś inny nie lubi jeździć na rowerze albo go w ogóle nie ma, a ktoś jeszcze inny boi się wody i nie wsiądzie do kajaka – jest po prostu wiele elementów, które sprawiają, że potencjalny uczestnik może się zniechęcić jeszcze przed startem. Ale z kolei, jeśli ktoś już raz wystartuje, zazwyczaj w tym sporcie zostaje, bo to po prostu super przygoda.

Trasa długa_etap kajakowy_Debrzynka2

 

 

Jak sprawnym trzeba być, by wziąć udział w takim rajdzie?

Najkrótsze trasy mają ok. 50 km, z czego ponad połowę pokonuje się na rowerze, więc można to traktować jako formę rekreacji. W zasadzie każdy, kto na co dzień choć trochę się rusza, będzie w stanie ukończyć zawody, tym bardziej, że rajd trwa 9-10 godzin. Jeśli priorytetem nie jest wyścig, a tylko zabawa, to czasu jest wystarczająco dużo, żeby każdy, kto nawet słabo radzi sobie z mapą, zdążył się tego nauczyć po drodze i dotrzeć do mety. Rajdy oczywiście mają również zdecydowanie dłuższe trasy, liczące nawet kilkaset kilometrów i wtedy stanowi to ogromne wyzwanie – można to porównać do potężnej wyprawy, z tą różnicą, że co jakiś czas mamy dostęp do tzw. przepaku, na którym możemy skorzystać ze swoich, wcześniej zdeponowanych rzeczy, uzupełnić zapasy, przebrać się, etc.

Trasa długa_spływ katamaranem1

Dlaczego warto czegoś takiego spróbować?

Dla totalnego laika, może to być fajny sposób na przeżycie takiej mikro przygody. Będzie to mały krok poza strefę komfortu w bardzo bezpiecznych warunkach. Tak jak na każdej zorganizowanej imprezie mamy ten komfort, że jeśli cokolwiek się stanie, organizator nam pomoże. Dodatkowo może to być sposób na poznanie okolicy, w której są organizowane zawody – bardzo często nawet ludzie, którzy mieszkają w danym miejscu, nie znają swojej gminy czy powiatu poza głównymi szlakami komunikacyjnymi, których używają na co dzień. A w trakcie rajdu będą mieli okazję zajrzeć trochę głębiej w las, czy spłynąć kajakiem lokalną rzeką. Z kolei na długich trasach, motywacja do startu może być zupełnie inna – zobaczenie czegoś ciekawego to jedno, ale podjęcie wyzwania to coś ważniejszego. Kiedy na trasie spędzamy np. 2-3 dni, przy tym niewiele śpiąc, możemy bardzo dużo dowiedzieć się o samych sobie, zobaczyć na co nas stać, jakie mamy słabe strony, czy umiemy wytworzyć synergię w zespole w momentach kryzysowych. Ciekawe jest też to, jak po długich zawodach zaczynamy doceniać najprostsze rzeczy w życiu – smak gorącej zupy, dotyk ciepłej wody na skórze czy miękkość poduszki. Bardzo szybko okazuje się, że w zasadzie to do życia nie potrzebujemy wiele. Otaczamy się na co dzień wieloma rzeczami, które są nam zupełnie niepotrzebne, stanowią rodzaj takiego kokonu cywilizacji, w którym czujemy się bezpiecznie, ale to jest bardzo ograniczające. Po 2-3 dniach na rajdzie może się okazać, że nasz kokon stanie się trochę większy, strefa komfortu się poszerzy i po prostu poczujemy się lepiej sami ze sobą. Oczywiście nie tylko rajdy mają taki wpływ, ale są jednym ze sposobów na oderwanie się od tego ciągnącego w dół „tu i teraz”, pozwalają nabrać pewnej perspektywy na sprawy życia codziennego.

Trasa długa_etap kajakowy_Gwda1

Start w jakich zawodach polecałabyś na początek?

Jeśli ktoś sporadycznie uprawia jakąś aktywność fizyczną, to oczywiście trasy krótkie – do wybory mamy np. 50 km podczas Krajna Adventure Race w Złotowie, czy 70 km podczas Mountain Touch Challenge w Szczawnicy, poza tym kilka innych rajdów w trakcie roku. Ciekawą opcją na początek będą również różne rajdy miejskie, których pojawia się co raz więcej – są już imprezy w miastach na Śląsku, w Poznaniu, Warszawie. Z kolei dla osób myślących o wyzwaniu sportowym, zdecydowanie dłuższe trasy, które będą odpowiednio trudniejsze.

Czego będziemy potrzebować, jeśli chodzi o sprzęt?

Podstawowym wyposażeniem będzie oczywiście rower, kask, pełne oświetlenie rowerowe i kompas – w końcu to zawody na orientację. Poza tym wyposażeniem często wymaganym przez organizatora jest folia NRC i podstawowa apteczka – to oczywiście ze względów bezpieczeństwa. Im dłuższe zawody i bardziej skomplikowane, tym wyposażenia jest więcej, ale to są niezbędne elementy podstawowe.

To co kochani, próbujemy czegoś nowego? 😉

Trasa długa_etap kajakowy_okolice Debrzynki