Szukaj

Wpisy z tagiem
bieganie w terenie

Buty do biegania: jak wybrać dobry model?

Jakie buty do biegania wybrać? – to pytanie, które najczęściej zadają biegacze: zarówno ci początkujący, jak i ci, którzy biegają od dawna i wciąż szukają nowych rozwiązań lub buta idealnego. Od czego zacząć? Ja doradzam wizytę u fizjoterapeuty, który dokładnie nas „obejrzy” lub konsultację w dobrym sklepie biegowym, gdzie zrobią nam badania ale przede wszystkim: przeprowadzą szczegółowy wywiad! CZYTAJ WIĘCEJ

Kleszcze: jak się przed nimi bronić na treningu?

Zawsze sądziłam, że temat kleszczy jest przesadnie rozdmuchany. Sama na swoim ciele przez całe życie znalazłam tylko kilka osobników, ale jak się okazuje, miałam wyjątkowe szczęście. Kleszcze czyhają na nas nie tylko w lesie czy na polanie, ale nawet w dużych miastach, a co ciekawe – osoby aktywne są dla nich dużo bardziej pociągającymi obiektami niż przeciętni przechodnie. Postanowiłam porozmawiać ze specjalistą, Martą Supergan-Marwicz z  Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i zapytać o to, co robić, by nie przyciągać kleszczy, jakich miejsc unikać, co zrobić, gdy już je znajdziemy na ciele. CZYTAJ WIĘCEJ

Bieganie w lesie: 6 powodów na TAK

Co nas nie zabije, to nas wzmocni – mówi stare porzekadło. Banał? Wyświechtany slogan? Coś jednak sprawia, że pewne hasła stają się powtarzanymi przez lata mądrościami. Jednego dnia czujesz się tak, jakby cały świat funkcjonował dla ciebie: wszystko, o czym nawet nie zdążysz jeszcze pomyśleć – dzieje się, zmiany, których zawsze się bałeś, nadchodzą i dowiadujesz się o sobie rzeczy, jakich jeszcze nie wiedziałeś. Ale to dobre wiadomości. Następnego dnia wszystko obraca się o 180 stopni. I co? Położyć się do łóżka z kubłem lodów czekoladowych, włączyć komedię romantyczną i płakać? Albo iść na piwo z kolegami i kompletnie się sponiewierać? Hm… to może pomóc w sytuacji, gdy chodzi o sprawy sercowe, chociaż pamiętam do dziś, że kilka lat temu, gdy przeżywałam różne takie ceregiele wskoczyłam na bieżnię (bo jeszcze wtedy nie biegałam tylko ćwiczyłam na siłowni) i biegłam ile sił w nogach. Łzy spływały mi po policzkach, kapały na monitor, na bieżnię, ale ja leciałam dalej. Musiałam się kilka razy zatrzymać, złapać oddech, przetrzeć twarz, ale próbowałam jeszcze raz i jeszcze raz. Nie obchodziło mnie to, czy ktoś patrzy i myśli sobie, że mam nierówno pod sufitem. Nic mnie nie obchodziło, biegłam dalej. Dziś poszłabym do lasu!

IMG_1564

Uwielbiam biegać – o tym już wiesz. Kiedy się nad tym głębiej zastanowię, to uświadamiam sobie, że kocham ten sport niemalże w każdej odsłonie. Zimowe poranki, gdy jest jeszcze ciemno, a ty wstajesz nieprzytomny i po omacku wsuwasz buty na stopy, brzmią groźnie i nieprzyjaźnie ale mają ogromny urok. Przebieżka wśród świateł wielkiego miasta w upalną noc idealnie odstresowuje po całym dniu. Bieganie w śniegu, w błocie, na plaży. Znienawidzony wyścig na dychę, gdy cztery razy obiecuję sobie, że za kilometr schodzę z trasy, ukochany półmaraton, czy wyczekany maraton. Tak, siedząc przy porannej kawie mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że kocham każdą odsłonę tego sportu, ale nic nie oczyszcza i nie koi tak bardzo jak las, a jeszcze lepiej: las w górach.

560203_928450730510297_2839666301758738990_n

6 powodów, dla których musisz iść do lasu

Słuchaj i oddychaj
Idealne rozwiązanie: zostaw w domu pulsometr, GPS’a (no chyba, że nie masz tendencje do tego, by się gubić;), nie bierz muzyki. Wbiegnij na leśną ścieżkę, zaciągnij się zapachem liści, szyszek, mchu, posłuchaj wiatru, ptaków i swojego oddechu. Gwarantuję, że już po kilkunastu minutach poczujesz, jak schodzi z ciebie cały stres. Będziesz miał ochotę tańczyć i śpiewać!

Daj odpocząć stawom
Łapią cię kontuzje? Po wielu kilometrach na asfalcie czujesz, że zaczynać cię coś boleć w biodrze, kolanie, tu coś uwiera, tam puchnie? Przenieś się na miękkie podłoże, a od razu poczujesz ulgę. Owszem, bieganie w lesie jest wymagające: trzeba uważać na korzenie, kamienie, różnego rodzaju nierówności, ale dzięki temu stopy pracują dużo ciężej niż podczas biegania na asfalcie. Staraj się wplatać tego typu treningi do swojego planu, a na pewno nie pożałujesz!

IMG_1559

Nakarm swoje oczy
Otoczenie! Jej, nie ma słów, które wyrażą to, co zobaczą twoje oczy, kiedy wybierzesz się na przebieżkę do lasu. Krajobraz wiecznie się zmienia, zieleń ukoi cię, zachwyci, uspokoi. Kiedy biegam w lesie, głowa lata mi na wszystkie strony i ciągle mam ochotę złapać kogoś za rękę i powiedzieć: patrz, ale tu jest pięknie!

Spędź czas sam ze sobą
No właśnie: “złapać kogoś za rękę”, ale nie zawsze jest kogo, bo bieganie w lesie nabiera jeszcze lepszego wymiaru, gdy biegasz sam. Wiadomo, wszystko w granicach rozsądku, bo nie jest to rozwiązanie bezpieczne. Jeśli dobrze znasz miejsce, wybierasz się na krótki trening i jest środek dnia, to warto wziąć ze sobą telefon i potruchtać w okolicy, ale wszystko z głową. Najlepiej wybrać się do lasu w dwie lub więcej osób. Niech każdy biegnie swoim tempem, czasem wraca, wyprzedza, mija, żeby mieć mały kontakt, ale być samemu ze swoimi myślami, planami, żeby pogadać ze swoim ciałem.

IMG_1176

Schroń się przed upałem i deszczem
Pada? A może żar leje się z nieba? Las to idealne schronienie! Kiedy wieje, tutaj możesz się schronić i biegać w komfortowych warunkach. W czasie deszczu też jest znacznie bardziej sucho, a w upały – chłodniej. Miejscówka idealna na każdą pogodę!

Bądź częścią tego świata!
I na koniec najważniejsze: kontakt z naturą. Nie ma nic lepszego niż ten moment, kiedy zapominasz o wszystkich problemach, czujesz totalną wolność: możesz biec przed siebie, gdzie tylko chcesz i jak długo chcesz. Czujesz, że jesteś częścią tego wszechświata. Bezcenne!

IMG_1554

Ja jeszcze lubię na koniec przytulić się do brzozy 🙂

 

Bieganie w górach: to miłość trudna!

Bieganie daje mi poczucie wolności. Wychodzę poprzebierać nogami wtedy, kiedy chcę, lecę tam, gdzie akurat mam ochotę. Mogę być wtedy sama ze swoimi myślami, poukładać sobie wszystko w głowie, posłuchać ulubionej muzyki albo szumu otoczenia. Ale nie muszę być sama. Mogę się umówić na wolne truchtanie i plotkowanie, nadrobić zaległości towarzyskie. Innym razem nie rozmawiać za dużo tylko spotkać się z kimś silniejszym, kto mnie pociągnie, gdy mam trudne zadanie do wykonania lub zmotywować kogoś, kto dopiero zaczyna i potrzebuje mojego wsparcia. W końcu równowaga musi być: raz ja dostaję zastrzyk energii, a innym razem ktoś inny ode mnie. Możliwości jest multum i za to pokochałam ten sport, bo ja nie lubię rutyny. I choć bywam zmęczona wariactwem, jakie przypomina w ostatnim czasie moje życie, to skłamałabym, gdybym powiedziała, że tego nie lubię.

zdj?cie-2

Ta przestrzeń, którą doceniam, kiedy zakładam buty biegowe i wychodzę z domu, poza miastem jest odczuwalna jeszcze bardziej. Niestety a może “stety” urodziłam się w wielkim mieście i tutaj żyję i biegam. Przyzwyczaiłam się do smrodu spalin, zgiełku, szumu, tłoku, pośpiechu, można by powiedzieć, że w wersji ekstremalnej, bo całe życie spędziłam w ścisłym centrum Warszawy, później trafiłam na jeszcze bardziej ekstremalny wariant: do Londynu. Tam było jeszcze szybciej, jeszcze mocniej i jeszcze bardziej stresująco. Na pewien sposób kocham ten tryb. W ogóle wychodzę z założenia, że trzeba umieć dostrzec piękno i urok warunków, w jakich decydujemy się żyć, a jeśli nie umiemy tego zrobić, trzeba zmienić otoczenie, nie narzekać, nie tęsknić. Dlatego jako miłośniczka życia w wielkim mieście z dumą zaznaczałam, że jestem kobietą kochającą asfalt i biegi uliczne. Wiedziałam, że starty w górach nie są dla mnie. Przecież nie funkcjonuję w nich, nie wyjeżdżam, żeby sobie tam połazić, a co dopiero pobiegać. Po prostu nie. IMG_0142

Jak bardzo się myliłam! O zgrozo! Kilka wyjazdów na Mazury, gdzie pobiegałam po lesie, w Góry Świętokrzyskie, w Bieszczady, w Alpy, teraz w Beskidy, z których właśnie wracam, sprawiło, że zmieniłam zdanie. I to totalnie, kompletnie, jak to niektórzy mędrcy mawiają “o 360 stopni” ;). Kluczowy moment? Kiedy kilka tygodni po Rzeźniczku tutaj możecie przeczytać więcej na ten temat) wystartowałam w wielkim biegu ulicznym w Londynie. Nie mówię, że takie zawody nie mają swojego uroku, szczególnie, że wróciłam do mojego drugiego domu z ogromnym sentymentem. Ale kiedy wystartowałam w tłumie ludzi, gdzie daleko było od natury, kameralnego charakteru i rodzinnej, przyjaznej atmosfery, zrozumiałam, że wolę to inne oblicze biegania. Czego mi zabrakło? Innego rodzaju wyzwania. Dotarło do mnie, że lubię mierzyć się ze sobą samą w innym wymiarze. Nie trzymając wyznaczone tempo na odcinku 10 kilometrów, czy podążać za kolejną życiówką na półmaratonie czy maratonie na asfalcie. Nie mówię: lubię to i na pewno będę nadal to robić za jakiś czas, ale nie teraz. Teraz pokochałam wystające kamienie, korzenie (i mówię to okładając nogę lodem w pociągu w drodze do Warszawy, gdzie jeszcze dziś będę musiała udać się na ostry dyżur – ale nie zmieniłam zdania), ciężkie podchodzenie pod górę i zdradliwe, szybkie zbiegi. Jest ciężko, czasem bardzo, pot leje się z czoła przed oczami robi się ciemno, zaczynasz kochać każdy górski strumień z lodowatą wodą, w którym można zanurzyć chustkę i się schłodzić. Kiedy na trasie zobaczysz krzak z dziką maliną, radość nie zna granic. Można się na chwilę zatrzymać i poczuć jak na punkcie żywieniowym. A jak taka malina smakuje! A jak smakuje drożdżówka z jagodami (jeszcze ciepła), którą możesz zjeść w schronisku, żeby nagrodzić samego siebie po morderczym wysiłku. Matko! Mam tak mało wspólnego z górami, a mogłabym bez końca wymieniać za co je pokochałam. 10458526_785048341517204_7535866897040255532_n Ale trzeba pamiętać też jedno: ta miłość jest bardzo trudna, na razie nie jest odwzajemniona. Ale ja lubię wyzwania, nigdy nie lubiłam rzeczy, które przychodzą łatwo. Na razie góry mnie testują, sprawdzają, uczą pokory i szacunku. Pokazują, że to one tutaj rządzą, a ja jestem tylko gościem. Od początku miałam tego świadomość. Wiedziałam, że są wielkie, odczuwałam ich ogrom, dlatego to sprawdzanie się działa niejako w dwie strony: ja też nie zatracam się w nich do końca, mam świadomość tego, że nie wiem o nich nic, że potrzebujemy dużo czasu na to, by się poznać. Dlatego, kiedy tylko mam okazję, staram się być blisko i to robić. Justyna i Marcin robią to dużo częściej i od zawsze. Miałam to szczęście, że ostatnie 3 dni spędziłam w ich towarzystwie w Beskidach, chłonąc ich wiedzę i doświadczenie. Każda minuta z nimi w takich okolicznościach przyrody, sprawiała, że zakochiwałam się w górach jeszcze mocniej. I kiedy poczułam już te motyle w brzuchu, uśmiech pojawił się na twarzy, a ja poczułam się jak zwycięzca i na całego zaczęłam skakać na ostrym zbiegu w dół, pokiwały mi palcem i powiedziały: “Hola, hola! Pokora dziewuszko! Nie wszystko na raz”. I dlatego ta mała dziewuszka dostała lekcję, by przypomnieć sobie jaki jest ich ogrom. To dopiero pierwsze pouczenie, już wiem, że będzie ich znacznie więcej. Wracam do domu ze spuchniętą nogą, ale motyle w brzuchu nadal są. Bo wiem, że to dopiero początek tej turdnej miłości, a czy może jest w życiu coś przyjemniejszego niż ten pierwszy pocałunek z osobą o której względy tak bardzo zabiegaliśmy?:)

Rzeźniczek: dlaczego warto biegać w górach?

Biegi górskie? To nie dla mnie – twierdziłam przez bardzo długi czas. Dlaczego tak myślałam? Powodów jest wiele: po pierwsze jestem typowym mieszczuchem, dziewczyną z gwarnego i śmierdzącego spalinami centrum Warszawy. Po drugie: biegam dużo po asfalcie i owszem, staram się jak najczęściej przenosić na nieco bardziej sprzyjające moim stawom podłoże, ale mimo wszystko park czy las to nie góry. Po trzecie: zraziłam się trochę, kiedy w zeszłym roku zafundowałam sobie zbyt dużą ilość kilometrów w deszczu w Bieszczadach. Reasumując: zdawałam sobie sprawę, że jest ciężko, a dodatkowo ja nie jestem dobrze przygotowana, bo najzwyczajniej w świecie nie trenuję w podobnych warunkach. Szczerze mówiąc to nawet nie wiem jak to się stało, że mimo wszystko postanowiłam spróbować. Zapisałam się na Rzeźniczka i stwierdziłam, że potraktuję ten bieg bardzo na luzie. Najzwyczajniej w świecie, chciałam jeszcze raz dać szansę górom zanim powiem kategoryczne NIE. I całe szczęście, bo popełniłabym straszną gafę, gdybym je zbyt wcześnie przekreśliła.

ania jak wklejona

Krew, pot i łzy – tak wyobrażałam sobie wszystkie biegi górskie. Praca na wysokim tętnie, wielkie skupienie, by nie postawić stopy tam, gdzie nie trzeba, palące mięśnie i nieprzewidywalne warunki atmosferyczne. I nie mogę powiedzieć, że tak nie jest, jednak nigdy nie zastanowiłam się nad tym, co fajnego może być w biegach górskich. W końcu z jakiegoś powodu miliony ludzi na całym świecie chcą w takich zawodach startować! Dawniej nie rozumiałam tego, że można pół dnia brodzić w błocie, dać się zmoczyć ulewnym deszczom, a później solidnie przewiać i wszystko po to, by wspiąć się na Okrąglik i mówić, że widoki wynagrodzą każdy trud. Teraz już wiem o co chodzi i właśnie o tym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć.

Nigdy nie byłam fanką gór. Zawsze dużo bardziej ciągnęło mnie do wody i po prostu do lasu, w każdej postaci. Kochałam pływać w jeziorze i spacerować nad morzem. Dopiero kilka lat temu zrozumiałam, co takiego w mają w sobie góry, że raptem wpadasz po uszy. Dla mnie mają wszystko to, czego potrzebuję, by odpocząć, doładować akumulator, pozbyć się problemów, spojrzeć na świat z innej perspektywy. Widoki i przestrzeń dają mi poczucie wolności, ich ogrom sprawia, że troski stają się błahe, a wysiłek, jaki trzeba włożyć, by się wspiąć na szczyt, przypomina mi o tym, że wszystko jest możliwe – trzeba tylko wiedzieć, czego się chce i z uporem dążyć do celu. Ale koniec filozofowania 😉

Ponieważ w Bieszczadach wylądowałam po raz drugi i wiedziałam, jak wygląda trasa na Okrąglik, zdawałam sobie sprawę z tego, że zdrobniała nazwa „Rzeźniczek” nie oznacza, iż ktoś będzie się z nami delikatnie obchodził.

ania co ja titaj robie

„Co ja tutaj robię?” – zadałam sobie to pytanie, gdy po kilku godzinach podróży dotarłam do Cisnej, gdzie roiło się już od biegaczy i to nie od tych, którzy przymierzają się do pokonania 27 kilometrów w ramach przetestowania, czy biegi górskie to coś dla nich. Bieszczady żyły kultowym już Biegiem Rzeźnika, który odbywa się dzień wcześniej. I nic dziwnego, bo jest to coś, co zasługuje na respekt: start o wschodzie słońca czyli 3:30 nad ranem, do pokonania blisko 80 km (a w tym 3533m podbiegów oraz 3724 zbiegów), limit: 16 godzin, wszystko w parach ze względu na bezpieczeństwo.

Ale od czegoś trzeba zacząć, ja postawiłam na Rzeźniczka.

Jak to wygląda? Nie taki diabeł straszny jak go malują: trasa jest dużo krótsza, ok. 27 kilometrów, a w tym 1000m przewyższenia. Rzeczywiście, do łatwych nie należy, ale kiedy ostro dostaniesz w kość na długim i stromym podbiegu (umówmy się – podejściu, bo nikt nie podbiega na Okrąglik) zaraz masz chwilę na odpoczynek na płaskim, a później możesz pędzić w dół niczym kozica na długim zbiegu. Trasa jest tak zróżnicowana, że nie odczujesz tego dystansu.

ania bieganie plener

O 8 rano z Cisnej wszystkich biegaczy na start zabiera klimatyczna kolejka. I tutaj już przychodzi spokój: zieleń, świeże powietrze, widoki sprawiają, że można zapomnieć o całym stresie. Do tego poznajesz mnóstwo ludzi, którzy też startują po raz pierwszy, albo dobrze znają już trasę i powiedzą Ci, czego się spodziewać. Masz jakieś 30-40 minut, żeby się wyciszyć albo porozmawiać. Dojeżdżasz na miejsce startu, czas na szybkie opróżnienie pęcherza: panie na lewo, panowie na prawo. Wystrzał z pistoletu i start! Początek jest łagodny: na odcinku kilku kilometrów można obrać odpowiednią pozycję, bo później w górach nie ma zbyt wielu okazji do wyprzedzania i trzeba podążać za tymi, których mamy przed sobą. Ale nie ma w tym nic złego. Nie zależało mi na czasie, więc zaczęłam spokojnie, później nie denerwowałam się nawet przez moment, że nie mam jak wyprzedzać. Mogę nawet powiedzieć, że na tym polegał cały urok: bieg jest spokojny, więc poznajesz mnóstwo ludzi, rozmawiasz, nikomu nigdzie się nie spieszy. Kiedy po 20km zorientowaliśmy się ze znajomymi, którzy biegli obok, że mimo tego mamy całkiem przyzwoity czas, krzyknęłam: „Słuchajcie, przyspieszamy, mamy szansę na 3:30”. Co usłyszałam w odpowiedzi? „To sobie przyspieszaj, powodzenia”. I w luźniej atmosferze, z uśmiechem na twarzy truchtałam dalej.

A trasa wygląda tak: Najpierw droga szutrowa, później polne łąki i po 3-4 kilometrach zaczyna się prawdziwa zabawa. Góra-dół, korzenie, kamienie i niesamowite widoki. Bałam się tego, jak nie wiem co. Wiedziałam, że dla kogoś, kto na co dzień biega po asfalcie, podchodzenie pod górę i ostre zbiegi w dół na dystansie 27 km mogą być dość bolesne, ale po 10 kilometrach miałam na twarzy uśmiech od ucha do ucha, odwróciłam się do kolegi i zapytałam: „Rzeźnik za rok?”. „Też mnie zaczęło korcić” – usłyszałam w odpowiedzi.

ania medal bloto

Na mecie krzyczę: „To najlepszy bieg w moim życiu!” i już wiem, że na jednym się nie skończy. Dlaczego? Co takiego mają do siebie biegi górskie, że zauroczyły Pannę Annę? Po jednym starcie mogę powiedzieć tak:

1.    Zupełnie inne oblicze biegania
Lubię się rozwijać i próbować nowych rzeczy. Biegi górskie to zupełnie inny wymiar biegania. Znajomi często opowiadali mi o tym, że każdy dystans jest odczuwalny inaczej niż podczas biegów w mieście, bo sporo jest w nich chodzenia, ale jakoś nie do końca mogłam uwierzyć w to, że w górach zmęczenie może być mniej odczuwalne niż na asfalcie. Z jednej strony praca mięśni jest mocniejsza (oj, wciąż czuję uda, po maratonie nie miałam problemów ze schodami, a teraz mam), ale z drugiej możemy przebiec więcej, bo wysiłek jest zróżnicowany: trochę idziesz, trochę biegniesz, podchodzisz, zbiegasz – jest zabawa. To sprawia, że tracisz poczucie czasu, momentami odpoczywasz, nigdy nie jest monotonnie. Fakt: nie pędziłam, dlatego na mecie podobno nawet nie było po mnie widać śladu zmęczenia, ale mimo wszystko po tym jednym stracie jestem przekonana, że to zupełnie innego rodzaju zmęczenie.

2. Zbiegi to fajna sprawa
„Podbiegi to pestka, zbiegi najbardziej dają w kość” – słyszałam nie raz od doświadczonych znajomych i trenerów. Zapamiętałam sobie, że trzeba na nich uważać. Z jednej strony idealnie, jeśli potrafisz się rozluźnić (napięte mięśnie w tym wypadku będą Cię hamować) i jak to mówią „puścić” w dół, ale trzeba wiedzieć jak to zrobić i ostrożnie stawiać stopy, by nie nabawić się kontuzji, czy najzwyczajniej w świecie nie przewrócić. Kiedy lecimy w dół, nasze ciało staje się cięższe, trudniej będzie się zatrzymać. Co prawda w górach dużo nie trenowałam, ale uczyłam się rozluźniać ciało podczas zbiegów na Agrykoli. Paradoksalnie przyniosło to niezły efekt! Na trasie Biegu Rzeźniczka ostatnie ok. 7 kilometrów to właśnie zbieg do Cisnej, momentami bardzo stromy – chyba forma nagrody za to podchodzenie na Okrąglik.  Rozluźniłam się, patrzyłam pod nogi i poleciałam przed siebie. Nie bałam się, stopami szybko odpychałam się od ziemi, by nie było czasu na potknięcie, gdy postawię którąś z nich na ruchomym kamieniu – było świetnie! Spodobało mi się najbardziej! Zaczęłam wszystkich wyprzedzać, leciałam przed siebie i czułam, że żyję! Polecam ten stan!

Raptem w środku lasu usłyszałam muzykę: meta już niedaleko. To dało mi jeszcze więcej mocy. „Uwaga!” – krzyczał kolega, który biegł obok mnie i zauważył, że mam chęć wyprzedzać kolejną grupę biegaczy. Tak dobiegłam na metę.

3.    Przyroda, radość i wolność
Czego by nie mówić, najpiękniejsze podczas tych biegów są widoki. Mogłoby się wydawać, że to nie ma znaczenia, kiedy wyciskasz z siebie siódme poty, że wtedy nikt nie będzie się rozglądał dookoła. Ok, mam małe doświadczenie i startowałam tylko raz, na spokojnie, ale przez cały czas miałam na twarzy uśmiech i mówiłam do wszystkich obok: „Jezu, ale tu jest pięknie!”. Biegłam jak na jakichś prochach albo po kilku drinkach: szczęśliwa, roześmiana i zachwycona jak dziecko, które pierwszy raz widzi plażę i morze. Bez względu na to, co kto powie, ja wiem, że to robi ogromną różnicę. Po prostu chcesz biec dalej i nigdy nie kończyć!

Mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością: ja w biegach górskich się zakochałam i planuję już kolejne starty. W tym roku na pewno jeszcze jeden i to dłuższy,  a Bieg Rzeźniczka jest na tyle przystępny i malowniczy, że każdy powinien spróbować! Chociaż raz w życiu.

Bieganie w terenie: czyli wszystko od nowa

Tak, zdecydowałam  się na wyjazd w Bieszczady. Cel? Rekonesans trasy Maratonu Bieszczadzkiego. Skutek? Refleksja: “Nie ma bata, nie biegnę”. Choć i tak wiem, że minie kilka dni i wpiszę się na listę. Ten typ tak ma. To jest nieuleczalne. Dlatego dziś postanowiłam krótko i konkretnie wypunktować to, dlaczego warto wziąć udział w biegu terenowym lub górskim i na co się przygotować, gdy startujemy po raz pierwszy. CZYTAJ WIĘCEJ