Szukaj

Wpisy z tagiem
zawody

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść…

Przyznaj się, lubisz to. Tę nieprzespaną noc, ten ściśnięty żołądek, do którego próbujesz na siłę coś wcisnąć. Jesz z rozsądku, bo tak naprawdę wszystko jest bez smaku. Bułka, płatki, banan, ser, dżem – to nie ma znaczenia. Znowu musisz iść do toalety. Tak zwany „nerwosik” nie odpuszcza nawet na moment. „Numer startowy, agrafki, żel” – szybko sprawdzasz, czy na pewno o niczym nie zapomniałeś. I mimo tego, że powinno dopaść Cię zmęczenie, adrenalina sprawia, że działasz na najwyższych obrotach. Tak, lubisz to, no przyznaj się. Start w zawodach jest jak dobry seks: na moment przejmuje władzę nad całym Twoim ciałem, nic innego się nie liczy, nie ma znaczenia, nie istnieje. Jesteś tylko Ty, trasa i zadanie do wykonania. I ta satysfakcja na mecie… Bezcenne, nie do opisania. I choć dałeś z siebie wszystko, mógłbyś tańczyć do białego rana. Wypełnia Cię radość, chęć do życia, a jedzenie znowu ma smak. I to jaki! Przyznaj się, lubisz to. To wiesz jak trudno z tego zrezygnować… CZYTAJ WIĘCEJ

Zostałam Ambasadorką French Riviera Marathon!

Kilka tygodni temu usiadłam przed komputerem, otworzyłam skrzynkę pocztową i przeczytałam wiadomość, która bardzo mnie zdziwiła.

We contact you as a part of the French Riviera Marathon. At this occasion, we would be happy to invite you to become a member of our Ambassador Team. 

Your blog, www.pannaannabiega.pl,  is well-known in your country and influent in the running field. It benefits from a vast audience and attracts people passionate by running and sporting events related to this.

niceaambassador

Szok! Poza granicami naszego kraju ktoś z organizacji maratonu na trasie Nicea-Cannes trafił na mojego bloga – nie wierzę! Mało tego, uznał stronę pannaannabiega.pl za fajną na tyle, by zaproponować mi rolę Ambasadora biegu na Polskę. Nawet nie macie pojęcia, jak się ucieszyłam. Oczywiście od razu zadecydowałam: tak, lecę i biegnę, choć w tym roku planowałam krótsze starty asfaltowe, żeby nie przesadzić, nie kusić losu. Jak zauważyliście, przeniosłam się na trochę ze startami w góry, bo choć opinie na ten temat są różne, ja zauważyłam jedno: kiedy nie biegam po betonie, ból nie wraca. Ale przyznaję: lubię miejskie zawody i bardzo za nimi tęsknię, w końcu natury nie oszukasz: w moich żyłach płynie asfalt i czasem daje o sobie znać. Dał teraz. Jeszcze zobaczyłam zdjęcia i pomyślałam, że muszę pobiec!

FRMAM_1

Z tego względu, że French Riviera Marathon Nice-Cannes odbywa się dopiero 8. listopada, znalazłam świetne rozwiązanie: wystartuję w sztafecie 2×21.1km (swoją drogą świetny pomysł, że jest taka opcja, dzięki temu możemy więcej startować;).W najbliższą sobotę czeka mnie Zugspitz Ultratrail (na dystansie 35km), w lipcu Eiger Ultra Trail (16km), w sierpniu duuuuuuża niespodzianka, ale na razie wolę nie zapeszać, we wrześniu szalony bieg „winny” Marathon du Medoc (od dwóch lat próbowałam się na biego zapisać i w tym roku wreszcie się udało!), w październiku znowu większa rzecz. Listopad miał być przeznaczony na odpoczynek, zatem takie spokojne 21km będzie idealną wisienką na torcie!

FRMAM_5

Więcej na ten temat już wkrótce. Dziś chciałam się podzielić tą radosną nowiną, bo nie lubię chwalić dnia przed zachodem słońca i czekałam, aż wszystko będzie potwierdzone!

Może ktoś z Was też się wybiera? Szykuje się świetny bieg. Miło byłoby razem celebrować na plaży po zawodach 🙂

Nie lubię biegać do pracy

Ostatnio zepsuł nam się samochód. Pech chciał, że akurat wracaliśmy z wyjazdu. Wypchana po brzegi walizka, nieprzespana noc, w głowie plany na cały dzień, bo przecież jakaś korzyść musi być z faktu, że się celuję w loty o świcie. Nic z tego. Samochód udało się odstawić pod warsztat dzięki pomocy drogowej, ale do domu jakoś trafić trzeba.
„To jakieś 15-17 kilometrów stąd. Przebierzemy się i pobiegniemy do domu. Zabierzemy tylko najbardziej potrzebne rzeczy do plecaka” – zadecydował. I niby to było takie na zasadzie: co o tym myślisz, mam taki pomysł, ale ja wiem, że on już zadecydował. Zmęczona podróżą, po całym tygodniu biegania w górach nie miałam ochoty na jakiś bezsensowny trucht przy jezdni, jeszcze do tego wszystkiego w upale. „To jest bardzo ładna trasa” – zachęcał, bo widział moją minę. Ale już ja znam te jego sztuczki. Skąd może wiedzieć, czy ładna czy nie skoro sam nigdy nią nie pobiegł? Po prostu szukał sposobu na to, żeby zaoszczędzić czas, pieniądze i przy okazji zrobić trening. Jednym słowem: same korzyści.

sesja_207
„Jeśli chcesz, to pobiegnę, ale gdyby to zależało ode mnie, pojechałabym do domu”. Musiałam sobie pogadać, przetrawić sprawę. I tak w ciszy zanurzyłam się w walizce w poszukiwaniu butów. Wiedziałam, że za trzy kilometry będę zadowolona z tego wyboru. Zawsze najtrudniej jest się przełamać, przekroczyć swoją strefę komfortu, która krzyczy: „Anka, daj sobie spokój. Nabiegałaś się, dzisiaj spokojnie możesz odpocząć. Na cholerę Ci to truchtanie w skwarze? Jedź do domu dziewczyno”. Ale nie posłuchałam tej małej, rozkapryszonej dziewczynki w środku. Nie dałam się jej, nie uległam. Przebrałam się powoli, policzyłam do dziesięciu i namawiałam samą siebie: „Zobaczysz, będziesz zadowolona.” Byłam, i to jak!

Biegliśmy na luzie, we dwoje, razem – to tak rzadko się zdarza. Kiedy trenujemy, wybieramy tę samą trasę, ale każdy pokonuje ją swoim tempem. On krąży wokół mnie niczym satelita, a ja tylko dodatkowo się stresuję: czy nie biegnę za wolno, czy mam dobrą technikę i nie będzie obciachu, czy w tych legginsach mój tyłek nie wygląda źle? Rozmawialiśmy, żartowaliśmy, a wokół nas z każdej strony wyrastały takie obrazy, że co kilka minut cisnęło mi się na usta: „Jak tu pięknie!” ale przecież nie mogłam przyznać. Przecież nie chciałam biec więc nie można się teraz obnażyć i stwierdzić, że to był świetny pomysł. A właściwie dlaczego nie? Wszyscy popełniamy błędy. Przecież się ucieszy, że nie żałuję, że mi się podoba, że jest przyjemnie. „Dziękuję, że mnie namówiłeś. Tu jest pięknie!” – uśmiechnęłam się mniej więcej na piątym kilometrze i pocałowałam go w policzek. Lubię ten słony smak. Nie ma nic bardziej seksownego niż mężczyzna zmęczony sportem…

IMG_1320

Kiedy dobiegliśmy na miejsce, przybiliśmy sobie naszą tradycyjną piąteczkę, nalaliśmy sobie po lampce ulubionego wina, które czekało w domu i usiedliśmy na balkonie łapiąc ostatnie promienie słońca. To było to.

IMG_0677

Po co ta opowiastka? Już dawno temu odkryłam pewną prawdę: osoby uprawiające sport dzielą się na dwie grupy: ludzi, którzy lubią łączyć wątki, wplatać trening w scenariusz dnia np. pobiec do babci, żeby ją odwiedzić, a potem wrócić i takich, którzy wolą wydzielić sobie czas na trening i potem załatwiać wszystkie inne sprawy, czyli pobiegać, rozciągnąć się, wziąć prysznic i pojechać do babci samochodem. I choć to do mnie nie pasuję, należę do drugiej grupy: jak trening to trening, jak odwiedziny babci, to odwiedziny babci. Nie ma gorszego i lepszego rozwiązania. Po prostu każdy z nas jest inny. Zawsze podziwiałam kolegów, którzy przybiegali do pracy. „Zobacz ile czasu w ciągu dnia oszczędzam: przywożę sobie rzeczy dzień wcześniej, przybiegam do biura, biorę prysznic i jestem już po treningu”. Świetnie, tylko jak ja pomyślę o tym, ile musiałabym się wcześniej naorganizować, żeby wiedzieć, co będę chciała założyć następnego dnia (znając życie zapomniałabym majtek albo butów na zmianę, jakiejś pierdoły, która utrudniłaby mi życie) to ja już wolę wstać pół godziny wcześniej, iść na trening, wrócić, wziąć w domu prysznic, przygotować się i jechać do pracy.

FullSizeRender-2

Przyznaję: nie lubię biegać, gdy jestem zmęczona po długiej podróży, nie czerpię wtedy z tego przyjemności. Wolę wrócić do domu, położyć się na trochę i ewentualnie wieczorem wyskoczyć na spokojny trucht, albo i wcale. Przecież trenowałam cały tydzień, nie ma powodu do tego, by mieć wyrzuty sumienia. Regeneracja wręcz wskazana. Nie lubię pakować do plecaka rzeczy, przekazywać znajomym do samochodu i mówić, że ja dobiegnę na miejsce. Bo już mam z góry wyznaczoną trasę: muszę być tu i tam o konkretnej godzinie. Nie lubię robić sobie przerw podczas wybiegań, bo mnie to wybija z rytmu. Pokochałam bieganie za wolność, za luz, za swobodę, za nieskończoną ilość możliwości, za przestrzeń i powietrze, więc każde umawianie się, strategia, plan odbiera mi trochę tej przyjemności. Tylko to wszystko, co lubię, dostałam podczas biegu „z samochodu do domu”. Okazuje się, że warto się przełamywać i próbować rzeczy, które wydają się „nie w naszym stylu”, „nie takie jak lubimy”, „inne niż my”, bo niby skąd możemy to wiedzieć, skoro nigdy wcześniej nie spróbowaliśmy?

Warto też przełamać się i raz na jakiś czas pobiec „na zmęczeniu” albo zrobić trudny trening w upale. „Jak będziesz mieć kryzys na zawodach, to przypomnij sobie wtedy jedną z tych niekomfortowych sytuacji. ”. A przypomnę sobie, bo najbliższy start już za tydzień. Będzie gorąco, będą duże przewyższenia, będzie wycisk 🙂 Zugspitz Ultra Trail – here I come!

Bieganie to więcej niż sport

– Kochanie, ale to był fajny dzień! – powiedział uśmiechnięty, kiedy wsiadaliśmy do samochodu.

– Mówisz to codziennie – delikatnie poklepałam go po udzie, które kilka godzin temu dało z siebie wszystko na zawodach. Niby bieg na 5 kilometrów, niby zabawa tylko dla towarzystwa, bo jak pobiec na maksimum swoich możliwości, kiedy człowiek jest po całym dniu pracy? Ale ja wiem, że kiedy on coś robi, to już na 100%, przynajmniej 100% dla danego momentu. W końcu tym mnie urzekł.

– Bo każdy nasz dzień taki jest – odpowiedział.

meta madera

Pasja to rzecz święta

Spojrzałam na zegarek, było po 23.00. Jeszcze tyle rzeczy do zrobienia w domu, a budzik i tak zerwie nas przed 6.00. I tak codziennie. Często już nawet zapominam jaki jest dzień tygodnia, bo czy to ma jakieś znaczenie? Właściwie to całkiem fajnie żyje się w takim tempie, bo zanim się obejrzysz, jest weekend. I kolejny weekend i następny. Ale u nas w domu ciężko odróżnić wtorek od niedzieli. Budzik nastawiamy 7 dni w tygodniu, bo nie lubimy marnować czasu. Trenujemy, gotujemy, pracujemy. Lubimy to, co robimy, więc dni tygodnia nie mają dla nas znaczenia. Dużo rozmawiamy. To dzięki tym rozmowom poznaliśmy się tak dobrze, to dzięki nim rodzą się kolejne pomysły i chęć do działania. Pasja – to jest to magiczne słowo. Bez niej wszystko traci sens. Człowiek snuje się jak cień, w każdym tygodniu czeka na piątek jak na zbawienie, ale ono przychodzi tylko na moment. I co? I jak ten moment wykorzystujemy? „Piątek, piąteczek, piątunio. Wreszcie się nawalę” – czytam i przypominam sobie czasy, kiedy moją pasją był redbull z wódką. Potem w sobotę leżysz cały dzień w łóżku, walczysz z potwornym bólem głowy i problemami żołądkowymi. Już sam nie wiesz, czy nad tym kiblem stanąć, czy na nim usiąść. Książki przeczytać się nie da, jeśli film, to jakąś lekka komedia albo kino akcji, bo niczego bardziej skomplikowanego przyswoić się nie da. Wieczorem dochodzisz do siebie i stajesz przed trudnym wyborem: powtórka z rozrywki czy lenistwo z rozsądku? Bez względu na to, którą opcję wybierzesz, niedziela i tak nie będzie szczęśliwa: albo w pośpiechu nadrabiasz wszystko to, co zawaliłeś przez straconą sobotę, albo zawalasz jeszcze więcej. I nawet jeśli nie imprezujesz, weekend ulgi nie przyniesie, jeśli nie masz pasji. Wmawiasz sobie, że „po ciężkim tygodniu pracy, odpoczynek się należy” i zalegasz w łóżku przed wciągającym serialem. Tylko kto powiedział, że to najlepsza forma relaksu? Nie mówię, że tego nie robię. Czasem mam chęć spędzić pół dnia w łóżku i zaserwować sobie randkę z Woody’m Allenem albo pośmiać się oglądając „Przyjaciół”, choć każdy odcinek znam już na pamięć. Ale „czasem” jest tutaj słowem-kluczem. Kiedy „czasem” przychodzi ten moment, doceniam taką formę rozrywki lecz zazwyczaj inaczej wygląda mój dzień.

biegne

Masz cel

Sport sprawia, że jesteśmy lepszymi ludźmi. I nie czarujmy się, nie wynika to z faktu, że jesteśmy tak wspaniałomyślni, że myślimy tylko i wyłącznie o tym, by wszyscy wokół nas byli szczęśliwi, po prostu pasja wymaga czasu i zaangażowania. Przestajesz myśleć o pierdołach, skupiasz się na tym, żeby wyznaczyć sobie nowy cel, opracować strategię, która pozwoli ci go osiągnąć, a potem po prostu starasz się każdego dnia położyć jedną cegiełkę na drugiej, żeby zbudować solidny fundament. Twoje myśli skupiają się wokół celu, z kolei napięcie rozładowujesz na treningach.

ania medal bloto

Pamiętam przygotowania do mojego pierwszego maratonu. Chyba każdy pamięta swój pierwszy większy start, kiedy szykował się do czegoś, czego nie był pewien. Bo niby jak można sobie wyobrazić, że będziesz biec przez prawie 4 godziny i to jeszcze takim w miarę przyzwoitym tempem, jeśli do tej pory masz na swoim koncie dystans o połowę krótszy? Emocje, świadomość tego, że każdy z pozoru nieistotny trening, jest elementem, z którego powstaje większa konstrukcja – to jest to. Nawet nie wiesz, kiedy się zmieniasz. Raptem łagodniejesz, stajesz się dużo bardziej cierpliwy, nabierasz pokory.

Panna Anna Maraton

Szlifujesz charakter

Kolejne treningi, następne zawody uczą cię prostej zasady: ile włożysz, tyle wyciągniesz. Dzięki temu odnajdujesz w sobie siłę i chęć do działania, bo wiesz, że jeśli zachachmęcisz, oszukasz, to oszukasz samego siebie, tutaj nie ma drogi na skróty. Uda się raz, czy drugi, ale to wszystko do ciebie wróci ze zdwojoną siłą: w postaci bolesnej kontuzji, ściany na zawodach, przetrenowania. Niestety, zła wiadomość jest taka, że nawet wtedy, kiedy dasz z siebie wszystko, sukces nie jest gwarantowany – cóż, życie. Są jeszcze czynniki zewnętrzne, które mogą sporo namieszać i trzeba być przygotowanym na porażkę, na to, by się nie poddawać tylko od razu szykować plan B i C. Wyciągać wnioski i próbować zrobić to jeszcze raz tyle tylko, że inaczej, lepiej. Nabierasz pokory, uczysz się wytrwałości. Nie pozwalasz, by drobne niepowodzenia sprawiały, że rezygnujesz. Uczysz się tego, by walczyć do końca. Nawet nie wiesz kiedy, zaczynasz stosować te zasady w życiu codziennym. Nie olewasz, gdy coś ci nie wychodzi, nie machasz ręką, tylko próbujesz raz jeszcze, i tak do skutku.

Doceniasz małe rzeczy

Podczas treningów, na zawodach nie raz wychodzisz ze swojej strefy komfortu. Inaczej się nie da jeśli masz ambitne cele. Czasem boli, innym razem robi się czarno przed oczami i masz wrażenie, że umierasz, a kiedy indziej po prostu walczysz w deszczu, błocie, upale, mrozie. Biegniesz sobie w górach, przed tobą kilkadziesiąt kilometrów do pokonania, konkretnie 40. Jest słoneczko, piękna pogoda, z uśmiechem na twarzy zaczynasz swoją przygodę. Na drugim kilometrze nieoczekiwanie totalnie zmienia się aura. Robi się szaro, buro, ciśnienie momentalnie spada, a z nieba leje deszcz. Szybko zakładasz kurtkę przeciwdeszczową, która przez kilkadziesiąt minut cię uchroni, ale z butów już po chwili można wylewać wodę. Biegniesz dalej. Walczysz do końca. Przez kilka godzin siąpi deszcz, na szczytach wieje wiatr, który zimnym podmuchem pieści twoje mokre plecy. Ach, jaka ta pieszczota jest nieprzyjemna! Ale nie poddajesz się, biegniesz dalej. W głowie układasz sobie plan działania: Najpierw założę suche skarpety, potem wypiję herbatę z rumem. Nie, chrzanić herbatę, sam rum! Potem gorący prysznic. Czy wiesz, jakie to uczucie dobiec na metę i założyć te suche skarpety? Czy wiesz, jak smakuje gorąca zupa w górach? Albo taka niby najzwyklejsza w świecie drożdżówka? Jak smakuje piwko po maratonie w wielkim mieście, kiedy udało ci się osiągnąć cel? Dopiero wtedy wiesz, jak smakuje życie! Doceniasz każdą rzecz. Kocham sport za to, że dzięki niemu, znam ten smak.

ksiazka

Rozwijaj swoje pasje, próbuj, walcz, żyj!

– Patrz, my nawet nie mielibyśmy czasu się kłócić – wyszeptał, tuląc mnie do siebie i zasnął.

Ten dzień, ten moment, ta chwila…

„Na zawsze”, „Już nigdy”, „Tylko to” – boimy się tych słów tak bardzo, że czasem budujemy wokół siebie przesadnie gruby mur. Nie chcemy myśleć o tym, co będzie za miesiąc, za rok, za dziesięć lat. No bo niby kto może to wiedzieć? Nauczeni doświadczeniem już wiemy, że nie ma czegoś takiego jak „na pewno”, bo na pewno to my nawet nie wiemy, czy pójdziemy dziś wieczorem na trening. Przecież wszystko może się zdarzyć. Czy to jednak sprawia, że nie próbujemy? Czy z tego powodu nie pakujemy do torby butów na trening, nie układamy sobie w głowie planu: najpierw 15 minut rozgrzewki, potem obwód składający się z 5 ćwiczeń, minuta przerwy po pierwszej serii… Na szczęście nie, bo wierzymy w to, że jednak nic nie stanie nam na przeszkodzie, by na ten trening pójść. I mniej więcej w 85-90% przypadków tak właśnie będzie.
Anna_Sz_397

„Kiedy składam ludziom życzenia, najczęściej życzę im tego, by w życiu jak najwięcej rzeczy szło zgodnie z ich planem” – powiedział mi ostatnio dobry znajomy. „A jeśli takiego planu nie mają, to życzę im tego, żeby go jak najszybciej stworzyli, bo tak żyje się dużo lepiej”. Faktycznie, mimo tego, że nigdy nie wiemy, co przyniesie nam nowy dzień, dobrze jest mieć plan. I sport nas tego uczy. Weźmy pod lupę takie bieganie, bo jest mi w tej chwili najbliższe, ale uprawiałam inne sporty i każdy z nich wymagał planu, konsekwencji, regularności. Szukasz zawodów, zapisujesz się na nie: masz cel, masz konkretną datę. Wiesz co cię czeka. Z czasem masz ułożony plan działania na cały rok: tutaj dyszka, tam półmaraton, a potem wielki wyjazd na zawody na królewskim dystansie. Po drodze kilka biegów sprawdzających, jakaś zabawa, obóz biegowy. Wszystko wiadomo, resztę planów życiowych dopasowujesz do tego scenariusza, ale jeśli biegasz już od kilku lat, dobrze wiesz, że to wcale nie oznacza, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Kontuzja, wypadek, choroba, ciąża, zmiana pracy, nagły wyjazd – jest wiele czynników, które mogą pojawić się raptem i namieszać. Elastyczność – to cecha, którą trzeba w sobie rozwijać, bo bez niej ani rusz, zarówno w bieganiu jak i każdej innej dziedzinie. Moje życie np. ostatnio wywróciło się do góry nogami. I choć wszystko było zaplanowane, uporządkowane, trzeba było zgnieść kartkę i wyrzucić ją na samo dno kubła na śmieci. Na szybko nakreślić nowy plan. Dlaczego? Bo okazało się, że jest lepszy.

usmiech

W sporcie jest tak samo. Czasem musisz podjąć trudne decyzje: zrezygnować z czegoś, na co bardzo długo czekałeś, wybrać inne rozwiązanie, zejść z trasy. Ale czy to oznacza, że nie układasz planu na kolejny rok? Czy to sprawia, że nie ryzykujesz następnym razem? Nie, bo myślisz o tym, co tu i teraz i z takim nastawieniem wchodź w każdy dzień. Planujmy i nie bójmy się tego. Owszem, po drodze wszystko może się zdarzyć, ale zawsze stworzymy inny scenariusz, bo liczy się „ten dzień, ten moment, ta chwila”.

Dieta maratończyka: ostatnie rady przed startem

Sezon wiosennych maratonów trwa. Już za kilka dni wielki dzień dla tych, którzy postanowili wystartować w Warszawie. Zobaczycie: będzie super! Najważniejsze jest teraz to, żebyś wypoczął i zebrał energię na start. Jak to zrobić? To prostsze niż myślisz. Wystarczy tylko przestrzegać kilku zasad.

Porozmawiałam na ten temat ze specjalistką, która ma wiedzę nie tylko teoretyczną ale też praktyczną. Jagoda Podkowska z High Level Center jest świetną dietetyczką, która od lat układa plany żywieniowe sportowcom, ale też czynną zawodniczką z wieloma sukcesami na koncie.

Czego wystrzegać się na kilka dni przed startem?
Przede wszystkim ciężkich dań. To nie jest czas na ociekające tłuszczem hamburgery, frytki czy pierogi ze skwarkami. W tym czasie w ogóle tłuszcze lepiej ograniczyć do minimum i sięgać jedynie po te dobrej jakości: olej lniany, rzepakowy, orzechy, nasiona ale też w małej ilości. Będziemy to za długo trawić.

A po co najlepiej sięgać w czasie słynnego „ładowania węglowodanami”?
Przede wszystkim po węglowodany złożone: ryż, różne kasze, dobrej jakości chleb. To nie jest oczywiście tak, że w tym czasie należy się opychać wyłącznie węglowodanami. Po pierwsze jemy często ale mniejsze porcje, żeby uniknąć problemów żołądkowych. Po drugie węglowodany powinny po prostu stanowić w tym okresie przeważającą bazę, ale do tego dodajemy porcję białka i witamin czyli np. jajka, chude mięso, warzywa, owoce. Np. na śniadanie idealna będzie kasza jaglana z owocami, mogą być suszone.
Panna Anna Owsianka

Czyli hasło „ładowanie węglowodanami” nie oznacza, że jemy ile chcemy i co chcemy?
Nie, pamiętajmy o tym, żeby się nie przejadać w tym czasie. Spożywając małe porcje węglowodanów regularnie co kilka godzin otrzymamy dużo lepszy efekt. No i druga kwestia: wybierajmy produkty wyłącznie dobrej jakości. To nie jest czas na jedzenie batonów czy frytek. Cukry proste lepiej przyswoić ze zdrowej żywności, nieprzetworzonej np. suszonych owoców.

Jeszcze jakaś ważna rada na ostatnie dni?
Tak, nie zapominajmy o piciu. Bez wody, nasz organizm nie zmagazynuje takich ilości glikogenu, jakie potrzebujemy na długi bieg. Pijmy regularnie duże ilości wody na kilka dni przed maratonem, żeby w dzień biegu już się nie obciążać i nie narażać na to, że będziemy musieli schodzić z trasy.

Podczas treningu staram się wypić choć 0.5 litra wody
Podczas treningu staram się wypić choć 0.5 litra wody

Oczywiście przez cały bieg należy pić wodę, ale wiadomo, to już nie są tak duże ilości. Warto napić się wody na zapas Ale nie tylko wody, dobrze jest też sobie zrobić izotonik domowej roboty i popijać go sobie już od piątku.

Prosty przepis na napój izotoniczny, który możesz sobie przygotować zawsze przed treningiem:

– 1 litr wody i dodajemy do niego

– 40g miodu,

– 1g soli (1/5 łyżeczki)

– sok z cytryny, grapefruita do smaku

Newsletter

Dołącz do mnie