Szukaj

Wpisy z tagiem
pływanie

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść…

Przyznaj się, lubisz to. Tę nieprzespaną noc, ten ściśnięty żołądek, do którego próbujesz na siłę coś wcisnąć. Jesz z rozsądku, bo tak naprawdę wszystko jest bez smaku. Bułka, płatki, banan, ser, dżem – to nie ma znaczenia. Znowu musisz iść do toalety. Tak zwany „nerwosik” nie odpuszcza nawet na moment. „Numer startowy, agrafki, żel” – szybko sprawdzasz, czy na pewno o niczym nie zapomniałeś. I mimo tego, że powinno dopaść Cię zmęczenie, adrenalina sprawia, że działasz na najwyższych obrotach. Tak, lubisz to, no przyznaj się. Start w zawodach jest jak dobry seks: na moment przejmuje władzę nad całym Twoim ciałem, nic innego się nie liczy, nie ma znaczenia, nie istnieje. Jesteś tylko Ty, trasa i zadanie do wykonania. I ta satysfakcja na mecie… Bezcenne, nie do opisania. I choć dałeś z siebie wszystko, mógłbyś tańczyć do białego rana. Wypełnia Cię radość, chęć do życia, a jedzenie znowu ma smak. I to jaki! Przyznaj się, lubisz to. To wiesz jak trudno z tego zrezygnować… CZYTAJ WIĘCEJ

Triathlon? Serio? Czyli po co mi pianka i rower!

Zawsze, kiedy słyszałam zdanie: „Prędzej czy później każdy biegacz wkręci się w triathlon” szybko reagowałam: „Nieprawda!”. I nadal jestem tego zdania. Owszem, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Na początku każdy się zapiera: „Ja to w ogóle nie będę startować w zawodach, biegam tylko dla siebie”. Tylko niby dla kogo innego miałyby być te starty, jeśli nie dla nas samych? Potem pierwszy start i chęć zmierzenia się na innym dystansie. Biegniesz na 10 km, potem startujesz w półmaratonie, wreszcie chcesz się sprawdzić na królewskim dystansie. Za chwilę pojawia się chęć poprawiania „życiówek”. A może ultra? – pewnego dnia do głowy przychodzi taka myśl. Bieganie nie jest nudne. Bieganie nie daje małych możliwości. Ciągle możesz spróbować czegoś nowego, poprawić się w jakiś sposób (jeśli już nie lepszym wynikiem to np. bardziej wymagającą trasą). Możesz połączyć bieganie z podróżowaniem, balem przebierańców, biesiadą, powalczyć na torze przeszkód.

IMG_0071

Walka o wytrzymałość
Ja za taką moją nową odskocznię uznałam biegi górskie. Pokochałam te widoki, atmosferę, kontakt z przyrodą i ludźmi. Polubiłam ten stan, kiedy walczę sama ze sobą, ale nie po to, by utrzymać szybkie tempo, tylko przekonuję samą siebie, że ten zbieg mnie nie zabije, że podbieg jest mniej stromy i krótszy niż się wydaję. Oglądanie profilu trasy, pakowanie plecaka w taki sposób, by pamiętać, gdzie masz przekąskę, a gdzie proszek przeciwbólowy w razie nagłej potrzeby, wyliczanie, ile picia wziąć, by wystarczyło, ale też nie było za ciężko – to wszystko sprawia, że czuję się, jakbym brała udział w jakiejś grze przygodowej. I bardzo to polubiłam. Taka miejska dziewczyna jak ja, przyzwyczajona do pracy w korporacji, szybkiego tempa, jeszcze szybszej kawy w mieście i wszechobecnego zgiełku pokochała to błoto, te załamania pogody, ten zupełnie inny wymiar zmęczenia. Takie górskie sponiewieranie.

zdj?cie-7

I nie mówię, marzę o tym, żeby wrócić na asfalt i powalczyć o dobry czas. Mam łzy w oczach jak sobie przypomnę to uczucie, które towarzyszy ci wtedy, kiedy walczysz na maratonie o życiówkę. Bardzo chciałabym poczuć to choć raz jeszcze. Niestety najpierw jedna kontuzja, później druga wyprowadziły mnie lekko z równowagi, nauczyły pokory. Dlatego dziś jestem spokojna: wiem, że wrócę do dawnej miłości, ale wszystko na spokojnie, z głową, tak, by sobie nie zaszkodzić. Skoro teraz noga nie boli mnie wtedy, gdy biegam w terenie, to poobcuję z przyrodą, popracuję nad wytrzymałością i siłą, które kiedyś będą dla mnie dobrą bazą. Pojedyncze starty w mieście oczywiście mile widziane, po prostu mam świadomość tego, że w tym sezonie niewiele już wywalczę, więc wybieram takie rozwiązania, które dadzą mi kopa, będą dla mnie wyzwaniem.

IMG_8593

Pływanie i jazda na rowerze
Zawsze, kiedy coś mnie boli, stawiam na inne sporty. Chodzę na siłownię, pływam, próbuję zajęć grupowych. Ale każdy, kto jest już uzależniony od biegania wie, że nic nie zastąpi tego narkotyku. Głód można lekko zagłuszyć, ale wciąż daje o sobie znać. Jest jednak coś, co daje mi podobne odczucia: pływanie. Jakiś czas temu, kiedy musiałam zrezygnować ze startu w upragnionym maratonie, odkryłam, że woda mnie uspokaja. Zaglądałam na pływalnię kilka razy w tygodniu i wyciszałam się. Po treningu poziom zmęczenia był podobny, a ja stawałam się łagodna jak baranek. Nie umiem pływać. Pierwsze baseny karulem, który pozostawia wiele do życzenia, pokonałam jakieś półtorej roku temu, kiedy przez dwa miesiące chodziłam na grupowe zajęcia do bardzo fajnego trenera Marcina Fabiszewskiego. Z dnia na dzień jednak pracowałam coraz więcej, spałam coraz mniej i z czegoś trzeba było zrezygnować.

czepek okulary
Na rowerze nie jeżdżę. Tak po prostu. Mam w sobie jakiś kretyński lęk przed ruchem na jezdni, samochodami. Zrobiłam prawo jazdy 12 lat temu i od tamtej pory nie siedziałam za kółkiem. Tak, wiem, to śmieszne, ale prawdziwe, a jak wiecie, ja lubię być szczera. Do bólu. W końcu każdy z nas ma jakieś wady. Mimo wszystko stwierdziłam, że chcę rower. Od kilku miesięcy sporą część mojego życia spędzam w Holandii. Tutaj pracuję, biegam i jak się domyślacie – grzechem byłoby nie jeździć na rowerze. Dlatego – po długim czasie poszukiwań i walki wszystkich wokół z moimi przekonaniami „Ja chcę stalową retro-szosę”, moja druga połowa przywiozła mi do domu takie cudo.

rower

Panna Anna i triathlon?
Bez obaw, to nie oznacza, że teraz z moim kulawym kraulem i zerowymi umiejętnościami jazdy na rowerze szosowym będę ci się pchać pod koła na różnych zawodach. Panna Anna Biega – tak było i tak zostaje. Nadal na wszelkiej maści imprezach głośno zaznaczam, że nie każdy marzy o triathlonie. Ja nie marzę. Po co mi pianka i rower? Znacie mnie na tyle, że zrozumiecie. Któregoś dnia odbieram telefon od Magdy Sołtys z polskabiega.pl.
– Aniu, myślałaś kiedyś o triathlonie? Współpracujesz z nami, może chciałabyś wystartować w naszym teamie w Gdyni?
– Przecież ja nie pływam, nie mam roweru. Nie – wzbraniałam się.
– Ale na dystansie sprinterskim dasz radę. Masz jeszcze chwilę. Pomożemy, podpowiemy co i jak. Zobacz, jest ekipa TVP i Polsatu – tam są sami wymiatacze: Dowbor, Grass, a my mamy taki luźny team Gazeta, gdzie kilka osób w ogóle będzie debiutować. Traktujemy to jako fajne wyzwanie, coś nowego, a nie walkę o złamanie 5 godzin na dystansie 1/2 Ironmana – dodała. I ten argument mnie przekonał. „Nowe wyzwanie bez ciśnienia”. Oczywiście jestem największą łamagą w teamie. Do pływania wróciłam w zeszłym tygodniu, rower mam w domu od wczoraj.

rowery winda

 

W kalendarzu mam kilka podróży, po drodze starty w górach (za trzy tygodnie Eiger Ultra Trail w Szwajcarii) – nie ma mowy o planie treningowym rozpisanym na każdy dzień. Nie ma mowy o tym, by wozić ze sobą rower. Pływać będę tam, gdzie akurat zdarzy się taka sposobność. Ale wiecie co? Dobrze jest w życiu próbować nowych rzeczy. Być może się nie uda. Być może spanikuję w wodzie, być może nie zmieszczę się w czasie, a może wywalę się na rowerze. Może się okazać, że nie ogarnę strefy zmian. I nie jestem bezmyślną ignorantką. Wczoraj pływałam, wieczorem testowałam rower. Nie przygotuję się tak, jak powinnam, bo najzwyczajniej w świecie chwilowo nie mam do tego warunków, ale zaangażowałam się i chcę spróbować. Chcę pokonać strach przed młynem w wodzie, chcę wsiąść na rower i nie bać się. I po to to robię. Każdego dnia powinniśmy próbować nowych rzeczy, wychodzić poza strefę komfortu, bo dopiero tam zaczynają się dziać fajne rzeczy. I nawet nie proszę cię tym razem o doping tylko o wyrozumiałość 🙂

pianka

Chcę wystartować raz, zobaczyć jak to jest. Rower będzie mi służył na długie wypady i wycieczki krajoznawcze w Holandii i nie tylko – szukałam go już od jakiegoś czasu, a pianka – z przyjemnością będę w niej pływać w morzu i jeziorze 🙂 Ot i cała historia. To już wiesz drogi czytelniku, po co mi pianka i rower.

Mam łydeczkę, tyłeczek i cycek. Jestem biegaczką.

„No tak, łydka biegaczki. Moja narzeczona ma to samo” – powiedział wczoraj niezwykle cierpliwy człowiek, który wyjaśniał mi na pływalni, jak wbić swoje ciało w tak małą piankę. Jesienią ten problem wraca, kiedy przychodzi czas na wybór kozaków. I przypomniałam sobie o mailu, który dostałam kilka dni temu:

„Aniu, czy zauważyłaś, że od biegania urosły Ci łydki? Bo mi urosły i bardzo mnie to martwi. Jeśli jest taka zależność, to od jutra nie biegam”. Tak, urosły mi łydki, generalnie, odkąd trenuję (nie tylko bieganie) mam nieco większe nogi, bardziej umięśnione ręce.

Ale ja nigdy nie byłam filigranowa. Zawsze miałam nieco większy tyłek, na brak cycka też nie mogłam narzekać. W podstawówce każdy kolega, który ze mną siedział w ławce, ryzykował tym, że nie zda do następnej klasy, bo miseczka D siedząca tuż obok była o wiele bardziej interesująca niż geometria przestrzenna, czy historia Polski.

Oto i ów dekolt:
11249560_927389973949706_4140940558869400515_n

I zdarzały się momenty, że tego tyłka czy cycka było sporo mniej, ale wiązało się to szalonymi dietami nastolatek i bardzo mądrymi pomysłami typu: „To ja przez trzy dni nic nie będę jeść”. Pewnego dnia dotarło do mnie (lepiej późno niż wcale), że do najzdrowszych pomysłów to nie należy. Oświeciło mnie i pojawiła się inna myśl: ja po prostu chcę być zdrowa i szczęśliwa. Postawiłam na ruch i dobre odżywianie. Tutaj też wiele eksperymentowałam, bo każdy radził co innego i ciężko było zachować w tym wszystkim umiar.

Węglowodany to zło – mówili jedni. Trzeba przestawić organizm na to, by energię czerpał z tłuszczy. Dlaczego w twojej diecie jest tak mało weglowodanów? – krzyczeli następni. No i bądź tu Panie mądry. Sporo czytałam, pytałam, poszłam do szkoły, by samej się trochę dokształcić w tym temacie. Przechodziłam przez różne fazy, czasem byłam bardzo ekstremalna i obsesyjna. Wyglądałam świetnie, najlepiej jak na mnie, ale czy byłam szczęśliwa? Śliniłam się na widok jabłka czy mango, bo cukier to zło. No i na co komu znerwicowana baba bez cycka i tyłka? No ale wiecie: za to z mniejszą łydką 🙂
11401270_930821990273171_116161081489862294_n

Po co ten post? Pisze go dlatego, bo wiem, że nie jestem sama. Wiem, że tak samo jak ja, wstajecie rano, patrzycie w lustro i myślicie: cholera, czemu nie wyglądam jak ta babka z okładki Cosmopolitan czy innego kolorowego magazynu? Przecież tyle ćwiczę, zdrowo się odżywiam. No właśnie! Nie ukrywam, że nie jestem teraz w swojej szczytowej formie. Wskazówka na wadze pokazuje o 4kg więcej niż bym sobie tego życzyła. Miałam bardzo ciężki okres: mało spałam, nie miałam czasu na regularne jedzenie, kontuzja pomieszała w moich planach treningowych. Ale spokojnie!
thumb_IMG_2089_1024

Najważniejsze to wyciągać wnioski. Zastanowiłam się nad swoim życiem, poukładałam je. Wysypiam się, wróciłam do kuchni, z przyjemnością gotuję, wymyślam nowe dania i odżywiam siebie i moich bliskich najlepiej jak się da. Zrozumiałam, co jest dla mnie najważniejsze i że nie wolno się zatracić. Nie ma żadnej przesady, wszystko w granicach zdrowego rozsądku. Kontuzja sama sobie wreszcie poszła, kiedy znalazłam czas na regenerację, a ja, mimo tego, że ten cycek znowu rozmiarem przypomina ten z podstawówki, a tyłek ledwo mieści się w legginsach, dostaję każdego dnia tyle komplementów, ile nie dostawałam. Dlaczego? Bo się uśmiecham, bo jestem szczęśliwa, a taka radość jest piękna i przyciąga innych.
IMG_0757

Dlatego nie bójmy się większych łydek, cieszmy się z cycka i tyłka i po prostu dbajmy o to, by żyć zdrowo i aktywnie. Wiem, że to trudne w świecie six packów i bardzo szczupłych modelek, ale da się. Bądźmy najlepszą wersją siebie, ale zdrową i szczęśliwą. Proszę, niech to będzie spóźniony prezent urodzinowy dla mnie!

Rajd przygodowy: Po co i dla kogo?

Jeszcze trzy lata temu na taką „asfalciarę” jak ja, hasła typu rajd przygodowy, działały tak: fajnie, ale niech inni to sobie robią. Im większa jest jednak moja tęsknota za naturą i miłość do gór, tym bardziej widzę siebie w śliskim błocie, stromych skałach i lodowatej wodzie. Może jeszcze nie w tym roku, ale kiedyś… rozważam. A żeby było o czym myśleć, ostatnio trochę zaczęłam pytać tu i ówdzie. Pomyślałam, że skoro mnie to interesuje, to może was również. Zapraszam do lektury. Na moje pytania odpowiadał Kuba Wolski, rajdowiec i organizator www.krajnaar.hillsprint.pl i www.mtchallenge.hillsprint.pl

Rajd przygodowy: brzmi fajnie, ale mam wrażenie, że w naszym kraju to wciąż mało popularne imprezy. Co to właściwie jest? Jak opisać to totalnym laikom takim jak ja?

Rzeczywiście rajdy przygodowe nie są popularne, ale trzeba by zacząć od czegoś innego – aktywność fizyczna i uprawianie sportu nie są w naszym kraju popularne. Ludzie wieku 35+ zaczęli od kilku lat „odkrywać”, że warto się ruszać, że czegoś w ich życiu brakuje. Mówi się, że mamy w Polsce boom na bieganie, ale tak naprawdę nadal nie jest to aktywność bardzo popularna i jeszcze długo nie będzie, dopóki nie zmieni się podejście do sportu dzieci i młodzieży. Dlatego, jeśli wyjść z założenia, że sport jako taki (z wyjątkiem kibicowania), nie jest popularny, to rajdy przygodowe są po prostu niszowe – z prostej przyczyny – wymagają jeszcze więcej zaangażowania niż najprostsza forma ruchu, jaką jest bieganie. Rajdy przygodowe, to przede wszystkim sport zespołowy, co stanowi pierwszą „przeszkodę” – musisz mieć partnera/partnerkę, żeby wystartować w zawodach, po drugie multidyscyplinarny, a po trzecie na orientację. To są trzy najważniejsze cechy, które są jednocześnie ogromną zaletą i wadą – zaletą dlatego, że zawody są po prostu ciekawe – biegasz, jeździsz na rowerze, płyniesz kajakiem, wykonujesz po drodze różne zadania specjalne, a do tego cały czas musisz myśleć, bo nie wystarczy po prostu przebierać nogami, jak w triathlonie – musisz to jeszcze robić w odpowiednim kierunku, żeby dotrzeć do kolejnych punktów kontrolnych zaznaczonych na mapie. Te same cechy są jednocześnie wadą, bo tak jak powiedziałem wcześniej – wymagają zaangażowania ze strony uczestnika, wyjścia poza pewną strefę komfortu – ktoś nie umie posługiwać się mapą, ktoś inny nie lubi jeździć na rowerze albo go w ogóle nie ma, a ktoś jeszcze inny boi się wody i nie wsiądzie do kajaka – jest po prostu wiele elementów, które sprawiają, że potencjalny uczestnik może się zniechęcić jeszcze przed startem. Ale z kolei, jeśli ktoś już raz wystartuje, zazwyczaj w tym sporcie zostaje, bo to po prostu super przygoda.

Trasa długa_etap kajakowy_Debrzynka2

 

 

Jak sprawnym trzeba być, by wziąć udział w takim rajdzie?

Najkrótsze trasy mają ok. 50 km, z czego ponad połowę pokonuje się na rowerze, więc można to traktować jako formę rekreacji. W zasadzie każdy, kto na co dzień choć trochę się rusza, będzie w stanie ukończyć zawody, tym bardziej, że rajd trwa 9-10 godzin. Jeśli priorytetem nie jest wyścig, a tylko zabawa, to czasu jest wystarczająco dużo, żeby każdy, kto nawet słabo radzi sobie z mapą, zdążył się tego nauczyć po drodze i dotrzeć do mety. Rajdy oczywiście mają również zdecydowanie dłuższe trasy, liczące nawet kilkaset kilometrów i wtedy stanowi to ogromne wyzwanie – można to porównać do potężnej wyprawy, z tą różnicą, że co jakiś czas mamy dostęp do tzw. przepaku, na którym możemy skorzystać ze swoich, wcześniej zdeponowanych rzeczy, uzupełnić zapasy, przebrać się, etc.

Trasa długa_spływ katamaranem1

Dlaczego warto czegoś takiego spróbować?

Dla totalnego laika, może to być fajny sposób na przeżycie takiej mikro przygody. Będzie to mały krok poza strefę komfortu w bardzo bezpiecznych warunkach. Tak jak na każdej zorganizowanej imprezie mamy ten komfort, że jeśli cokolwiek się stanie, organizator nam pomoże. Dodatkowo może to być sposób na poznanie okolicy, w której są organizowane zawody – bardzo często nawet ludzie, którzy mieszkają w danym miejscu, nie znają swojej gminy czy powiatu poza głównymi szlakami komunikacyjnymi, których używają na co dzień. A w trakcie rajdu będą mieli okazję zajrzeć trochę głębiej w las, czy spłynąć kajakiem lokalną rzeką. Z kolei na długich trasach, motywacja do startu może być zupełnie inna – zobaczenie czegoś ciekawego to jedno, ale podjęcie wyzwania to coś ważniejszego. Kiedy na trasie spędzamy np. 2-3 dni, przy tym niewiele śpiąc, możemy bardzo dużo dowiedzieć się o samych sobie, zobaczyć na co nas stać, jakie mamy słabe strony, czy umiemy wytworzyć synergię w zespole w momentach kryzysowych. Ciekawe jest też to, jak po długich zawodach zaczynamy doceniać najprostsze rzeczy w życiu – smak gorącej zupy, dotyk ciepłej wody na skórze czy miękkość poduszki. Bardzo szybko okazuje się, że w zasadzie to do życia nie potrzebujemy wiele. Otaczamy się na co dzień wieloma rzeczami, które są nam zupełnie niepotrzebne, stanowią rodzaj takiego kokonu cywilizacji, w którym czujemy się bezpiecznie, ale to jest bardzo ograniczające. Po 2-3 dniach na rajdzie może się okazać, że nasz kokon stanie się trochę większy, strefa komfortu się poszerzy i po prostu poczujemy się lepiej sami ze sobą. Oczywiście nie tylko rajdy mają taki wpływ, ale są jednym ze sposobów na oderwanie się od tego ciągnącego w dół „tu i teraz”, pozwalają nabrać pewnej perspektywy na sprawy życia codziennego.

Trasa długa_etap kajakowy_Gwda1

Start w jakich zawodach polecałabyś na początek?

Jeśli ktoś sporadycznie uprawia jakąś aktywność fizyczną, to oczywiście trasy krótkie – do wybory mamy np. 50 km podczas Krajna Adventure Race w Złotowie, czy 70 km podczas Mountain Touch Challenge w Szczawnicy, poza tym kilka innych rajdów w trakcie roku. Ciekawą opcją na początek będą również różne rajdy miejskie, których pojawia się co raz więcej – są już imprezy w miastach na Śląsku, w Poznaniu, Warszawie. Z kolei dla osób myślących o wyzwaniu sportowym, zdecydowanie dłuższe trasy, które będą odpowiednio trudniejsze.

Czego będziemy potrzebować, jeśli chodzi o sprzęt?

Podstawowym wyposażeniem będzie oczywiście rower, kask, pełne oświetlenie rowerowe i kompas – w końcu to zawody na orientację. Poza tym wyposażeniem często wymaganym przez organizatora jest folia NRC i podstawowa apteczka – to oczywiście ze względów bezpieczeństwa. Im dłuższe zawody i bardziej skomplikowane, tym wyposażenia jest więcej, ale to są niezbędne elementy podstawowe.

To co kochani, próbujemy czegoś nowego? 😉

Trasa długa_etap kajakowy_okolice Debrzynki

Motywacja do biegania: jesienią i zimą też dasz radę!

„Nie wiem jak Tobie, ale mi się nic nie chce” – przyszła do mnie do biurka w pracy koleżanka, która na co dzień jest tak aktywna, że aż trudno z nią usiedzieć. W sezonie jak szalona startuje w triathlonach i osiąga wyniki, które zawstydzają niejednego faceta. Skoro chwilowo nawet jej się nie chce, to znaczy, że to zupełnie normalna sprawa.

Ja też teraz wrzuciłam na luz. Zrobiłam sobie roztrenowanie, wyjechałam na upragniony urlop, ale spędziłam go aktywnie: biegałam po lesie (krótkie dystanse), ćwiczyłam na sali, chodziłam w terenie z kijkami, by w przyszłym roku sprawniej mi poszło, kiedy wybiorę sobie jakiś górski bieg.Ale wszystko na luzie, bez spięcia, bez planu – robiłam to, na co danego dnia miałam ochotę. I tego planu radzę się trzymać w tych chwilach, kiedy czujemy się tak, że najchętniej nie wychodzilibyśmy z domu.

Oto kilka sposobów, które sprawdzają się w moim przypadku:

lazienki2

fot. Paweł Kostrusiak

1. Bądź dla siebie dobry

To, czy pójdziemy na trening, czy nie, w ogromnym stopniu zależy od nastawienia. Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo długo pracowałam nad tym, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, kiedy zmieniam plan i robię coś innego, kiedy nie mam siły zrealizować tego, co sobie wcześniej założyłam. A wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i wybraliśmy dany sport dlatego, że poza indywidualnymi powodami typu: chcę schudnąć, chcę przebiec maraton, czy chcę mieć lepszą kondycję, by iść w góry, lubimy to, sprawia nam przyjemność, odstresowuje. Pojawia się paradoks: skoro biegamy między innymi dlatego, żeby lepiej się poczuć, to dlaczego mamy się tym bieganiem stresować?

W mojej głowie przemiana nastąpiła dopiero podczas Ultra Maratonu Bieszczadzkiego, gdzie musiałam zmienić sposób myślenia, jeśli chciałam powalczyć jeszcze cztery godziny z bolesną kontuzją. Chwalenie siebie samej: „Ania, ale jesteś super! Nie poddałaś się, lecisz z kontuzją, walczysz do końca, wynagrodzę Cię za to dziewczyno na mecie” bardzo mi pomogło. Wbiegłam z uśmiechem na twarzy, bardzo szczęśliwa i tak naładowana, że poziom zadowolenia utrzymuje się w moim ciele i duszy do teraz. Po co to opowiadam? Po to, żebyście i Wy byli dla siebie dobrzy. Nie masz ochoty na zaplanowane podbiegi? Nie bierz ze sobą sprzętu, zapomnij i planie i pobiegnij przed siebie bez żadnej spinki jeśli chodzi o tempo, tętno, dystans. Po prostu rusz się i pobiegnij tam, gdzie masz na to ochotę. Nie miej wyrzutów sumienia, nie bądź wobec siebie zbyt surowy. Każdy ma prawo do tego, by po sezonie wrzucić na luz. Przecież nie da się ciągle pracować na pełnych obrotach, bo skończy się kontuzją albo totalnym zniechęceniem.

lazienki4

fot. Paweł Kostrusiak

Chcesz czasem zostać w domu i z kubkiem kawy w ręku poczytać książkę? Zrób to! W sezonie może Ci zabraknąć czasu. Idź ze znajomymi do kina, umów się na randkę – to jest ten czas, kiedy można nadrobić zaległości w życiu prywatnym, by wejść w nowy sezon z naładowaną baterią! Ja zamierzam trzymać się tego planu:)

2. Postaw na trening w grupie

Jesienią i zimą, kiedy jest trudniej o motywację, pomyśl o tym, żeby potrenować w grupie innych ludzi. Jest kilka rozwiązań. Po pierwsze możesz się umówić z kimś znajomym i pobiegać we dwoje. „Plotobieg” to całkiem przyjemna sprawa: zamiast iść do knajpy i siedzieć przy piwie, czy grzańcu, umów się na wspólne bieganie. Ruszysz się, a przy okazji nadrobisz zaległości towarzyskie. Jeśli masz ochotę na większy wycisk, umów się z kimś mocniejszym od Ciebie i daj się poprowadzić. W zespole jest dużo łatwiej wykonać zadanie, którego nie lubisz (np. trening tempowy, podbiegi itd.).

zdj?cie-3Oprócz opcji typu: trening z koleżanką, kolegą możesz wybrać inny wariant: trening grupowy. W końcu może zdarzyć się tak, że akurat danego dnia znajomych również dopadł leń i nikomu nie chce się wyjść z domu. W każdym mieście znajdziesz mnóstwo grup biegowych, do których można się dołączyć. My np. spotykamy się regularnie, by pobiegać wspólnie. Jeśli masz ochotę dołączyć, zrób to! Dla początkujących jest marszobieg, a Ci bardziej zaawansowani też się odnajdą. W listopadzie i grudniu spotykamy się w poniedziałki przy Placu na Rozdrożu (budka z lodami).

zdj?cie-4Rozgrzewamy się wspólnie, wykonujemy kilka ćwiczeń, które poprawią technikę biegową, a na spotkania regularnie wpadają specjaliści: fizjoterapeuta Szczepan Figat z poradni Fizjoperfekt  oraz trener Artur Jabłoński, żebyście mogli dowiedzieć się czegoś nowego, zadać nurtujące Was pytania.

zdj?cie-5

Jedno jest pewne: jest wesoło i tak fajnie, że nikt nie chce kończyć i iść do domu! 🙂 Bez względu na to, w jakiej grupie chcecie trenować, róbcie to! Gorąco polecam utworzenie własnej. To świetna motywacja, można poznać dużo ludzi o podobnych zainteresowaniach, miło spędzić czas, jednocześnie trenując.

3. Rób inne rzeczy, które lubisz

Jesień i zima są dobrym czasem z innego powodu: ponieważ w tym czasie zazwyczaj nie szykujemy się do żadnego startu tylko budujemy solidną bazę w postaci wytrzymałości i siły, możemy sobie pozwolić na to, by częściej uprawiać inny sport niż bieganie.

Nie wiem jak Wy, ale ja z ogromną przyjemnością zaczęłam pojawiać się na siłowni, chodzić na zajęcia fitness, planuję wizyty na pływalni i marzę o ściance. Ciężko na to wszystko znaleźć czas, ale jeśli w ogóle, to właśnie teraz! Oprócz tego, że taki urozmaicony scenariusz „zrobi dobrze” Twojej głowie, to jeszcze podziękuję Ci za ten mały skok w bok Twoje ciało. Dzięki innym aktywnościom wzmocnisz się, popracujesz nad stabilizacją, a co idzie za tym: w sezonie będzie łatwiej uniknąć kontuzji.

zdj?cie-3

Zobaczysz! Będzie dobrze! Jesień i zima to fajny czas!

Strój do biegania: co założyć na pierwszy trening?

„Chodź, pójdziemy pobiegać” – zlitował się nade mną któregoś dnia mój były., kiedy od kilku dni po przeprowadzce zagranicę zaczęłam mu marudzić, że brakuje mi treningów na siłowni, zajęć, fitness, pływania. Nie zdążyliśmy jeszcze uporządkować wszystkich spraw związanych z pracą, mieszkaniem, krótko mówiąc: to nie był czas na szukanie karnetu i dobrej lokalizacji. Trzeba było wymyślić jakąś alternatywę, żeby dało się znieść moje towarzystwo, dlatego zaproponował: „Chodź, pójdziemy pobiegać”. Spragniona codziennej dawki endorfin, od których zdążyłam się uzależnić, zgodziłam się bez namysłu. Chęci mi nie brakowało, roznosiła mnie energia, pojawił się tylko jeden mały problem: przecież ja nigdy wcześniej nie biegałam. Kilka razy wskoczyłam na siłowni na bieżnię mechaniczną, żeby się rozgrzać, ale to raczej przypominało szybki marsz niż truchtanie i trwało zaledwie kilka minut. Bałam się, że nie dam rady, ale pomyślałam, że dużej już nie wytrzymam.

Wskoczyłam w legginsy, koszulkę, buty, które kupiłam na przecenie w sklepie sportowym jeszcze w Polsce i wyszliśmy zwiedzić dzielnicę. No właśnie: co założyłam? To, co miałam pod ręką i to, co było wygodne. Strój do biegania nie powinien stanowić kłopotu, szczególnie jeśli dopiero zaczynasz. Naprawdę nie musisz wydawać majątku na początku swojej przygody z bieganiem.

Anna_Sz_121

Strój do biegania

Przed tym, żeby wyjść na pierwsze treningi biegowe, często powstrzymują nas tak głupie argumenty jak: „Nie mam profesjonalnych ciuchów biegowych – jak ja będę wyglądać?” albo „Biegam za wolno, wstyd mi się pokazać na ulicy”. Pamiętaj: niech się wstydzą Ci, którzy nawet nie próbują! Nie potrzebujesz też żadnych profesjonalnych ubrań, by w ogóle zacząć swoją przygodę z bieganiem. Na pewno masz w szafie jakieś legginsy, spodnie dresowe, top, koszulkę, w których zdarza Ci się iść na siłownię, zajęcia fitness, czy chodzić po domu ☺ I to naprawdę wystarczy na początek!

Oczywiście nie unikniesz błędów, ale przecież na nich się uczymy, tak? Ja np. przez bardzo długi czas ubierałam się za ciepło. Wyglądałam na zewnątrz, widziałam, że jest dość chłodno, więc wybierałam taki wariant, który sprawdziły się na spacerze, ale nie podczas biegu… Zakładałam też ubrania, które podczas dłuższych biegów mogą stać się przyczyną bolesnych otarć, ale w momencie, gdy dopiero zaczynasz swoją przygodę z bieganiem, nic ci się nie stanie. Do tego, by pokonać pierwsze kilometry, nie potrzebujesz profesjonalnego sprzętu. Wystarczy chcieć! Naprawdę!

bieganie poczatek

Na poniedziałkowe spotkania, gdzie umawiam się ze wszystkimi, którzy dopiero chcą zacząć biegać, przychodzą osoby, które stawiają swoje pierwsze biegowe kroki. Wyciągają z szafy to, co wygodne i próbują 🙂 Jeśli chcesz do nas dołączyć, możesz to zrobić w każdy poniedziałek o 19:30 na PKP Powiśle.

Wskocz nawet w bawełniane legginsy lub spodnie dresowe (szczególnie dla panów bariera legginsów przez pewien czas może być nie do przeskoczenia), załóż top lub koszulkę, jeśli jest zimno wiatrówkę i działaj!

Pierwszej jesieni, kiedy zaczynałam biegać czyli w 2011 roku wychodziłam w zwykłym t-shirt’cie, bawełnianej bluzie i dresach. Ok, nie było mi szalenie wygodnie, ale na początek to w zupełności wystarcza. Pamiętaj, że na wszystko powoli przyjdzie czas, nie musisz od razu wydawać fortuny na profesjonalne ubranie, choć nie powiem, gdy zaczniesz inwestować, odczujesz ogromną różnicę, jeśli chodzi o komfort biegania. Jednak najważniejsze, by w ogóle zacząć, a do tego potrzebujesz jedynie chęci i zdrowia.

ubranie silka

Jeśli masz strój, w którym chodzisz na zajęcia fitness lub na siłownię, załóż go i idź potruchtać. Na początek spokojnie wystarczy.

Późną jesienią i zimą rzeczywiście potrzebujemy nieco więcej ubrań. Ale bez obaw, wcale nie jest tak, że od razu musimy iść do sklepu i kupić wszystko od skarpet po czapkę. Dopóki nie ma mrozów, bawełniane legginsy czy spodnie dresowe wystarczą. Jeśli masz inne – tutaj zwracam się do kobiet – bo np. chodziłaś na zajęcia fitness i kupiłaś biegowe legginsy (ja na przykłada miałam taką jedną parę, którą kupiłam sobie kiedyś na siłownię) to punkt dla ciebie. Do tego t-shirt lub koszulka biegowa (teraz naprawdę można kupić nawet te specjalistyczne za małe pieniądze) oraz kurtka-wiatrówka. W chłodniejsze dni pod kurtkę zakładamy już bluzę typu longsleeve i naprawdę warto jeden taki top z długim rękawem kupić. Ale o to będziemy się martwić jesienią. Teraz naprawdę potrzebujesz niewiele by zacząć!

Najważniejsze są buty!
Jeśli biegasz dość dużo i często (np. 3-4 razy w tygodniu i w sumie pokonujesz ok. 40 kilometrów tygodniowo) naprawdę warto dobrze dobrać buty i nie oszczędzać na nich. To nie tylko kwestia wygody, ale przede wszystkim zdrowia. Źle dopasowany but może się przyczynić nie tylko do otarć czy pęcherzy, ale do kontuzji lub pogłębienia różnych wad, o których istnieniu wcale nie musisz wiedzieć. Ale spokojnie, przecież mówimy teraz o pierwszych krokach w bieganiu: kiedy zaczynasz, nie będziesz przecież pokonywać 40-50 kilometrów tygodniowo.

bieganie buty

Na pierwsze treningi wystarczą najprostsze buty do biegania, które możesz kupić za niską cenę w sklepie sportowym, a ostatnio nawet w supermarkecie – tylko ostrożnie, nie sięgaj po najtańsze modele i nie daj się skusić modzie na zasadzie: ten model wszyscy teraz polecają to i ja go kupię. Zanim zobaczysz, czy chcesz biegać, czy jest to sport dla Ciebie, wybierz neutralny, lekko amortyzowany model (jeśli nie masz nadwagi, a w przeszłości nie było żadnych poważnych kontuzji) i stawiaj pierwsze biegowe kroki. Po kilku tygodniach, warto już wybrać się do specjalistycznego sklepu, zrobić badanie i dobrać odpowiednie buty do biegania.

Nie raz słyszałam historie od znajomych, pracujących na co dzień w sklepach biegowych, jak to w drzwiach pojawia się bardzo wysoki mężczyzna (190 cm), masywny, który dopiero zaczyna przygodę z bieganiem. Prosi o buty minimalistyczne, czyli takie, które pozbawione są amortyzacji i przeznaczone do biegania naturalnego. Czytał, że tak jest zdrowo i choć każdy odradza dokonanie tego zakupu, facet wychodzi ze sklepu z butami bez amortyzacji. Jakie mogą być tego konsekwencje? Bardzo poważne!

– Jeżeli ktoś waży 100kg i zacznie biegać w zwykłych trampkach, to już po nim – mówi trener Jacek Gardener. – Uderzenie w podłoże to trzykrotność wagi użytkownika, mamy 300kg. Po 5 kilometrach biegu (zakładamy, że ktoś jest w stanie pokonać taki dystans wydolnościowo) na pewno do domu wróci z bólem w stawach. Już na początku warto kupić buty choćby z minimalną amortyzacją, by nie zrobić sobie krzywdy. Im więcej ważymy, tym większa powinna być amortyzacja. Jednak to działa też w drugą stronę: osoba lekka nie powinna mieć zbyt dużej amortyzacji, bo efekt będzie taki, jakbyśmy kupili samochód ciężarowy i jeździli nim bez towaru. Jeśli amortyzacja będzie za duża, przestanie działać w taki sposób, jaki producent przewidział.

Dlatego pierwsze buty powinny być tańsze, żebyśmy mogli się nieco “rozbiegać” przed kupnem modelu idealnego dla nas, ale nie oszczędzajmy przesadnie. Możemy kupić tańszy t-shirt, albo tak jak wspominałam, na samym początku: truchtać nawet w zwykłym bawełnianym, podobnie wygląda sytuacja ze spodniami. Dopóki nie pokonujemy bardzo długich dystansów – a tak przecież jest, gdy zaczynamy biegać – nie nabawimy się bolesnych otarć. Nie oszczędzajmy jednak na butach, szczególnie jeśli mamy nadwagę lub w przeszłości mieliśmy jakieś kontuzje.
I teraz możesz się zdziwić: ważne są także skarpety. Wszelkiego rodzaju stópki schowaj na upały. W chłodniejsze dni niezwykle ważne jest to, by chronić ścięgno Achillesa dlatego wybierz nieco dłuższe (wystarczy, że będą za kostkę) najlepiej sportowe skarpety (lepiej wchłaniają pot), ale nie muszą być stricte biegowe, często można w dobrej cenie kupić skarpety typu „sport”, które też świetnie się sprawdzają i są dużo tańsze.

To co, gotowi na pierwsze kroki biegowe? Naprawdę nie musicie zaczynać od dużego shoppingu, choć przyznam, że to bardzo przyjemne, kiedy można przerzucić się na specjalistyczny strój do biegania, a zakupy w sportowych sklepach uzależniają. Panna Anna ostrzega!

zakupy