Szukaj

Wpisy z tagiem
odchudzanie

Zatrzymywanie wody w organizmie: jak się pozbyć problemu?

Zatrzymywanie wody w organizmie to bardzo uciążliwa sprawa. Wstajemy rano, a nasza twarz jest opuchnięta, waga pokazuje więcej kilogramów niż się spodziewamy, a do tego ciężko wcisnąć na siebie ulubione jeansy, o butach już nie wspominając. Co jest najczęstszą przyczyną takiego stanu rzeczy? Jak pozbyć się tego problemu? Jak się odżywiać, by nie wracał? O tym wszystkim porozmawiałam ze specjalistkami.

CZYTAJ WIĘCEJ

Mam łydeczkę, tyłeczek i cycek. Jestem biegaczką.

„No tak, łydka biegaczki. Moja narzeczona ma to samo” – powiedział wczoraj niezwykle cierpliwy człowiek, który wyjaśniał mi na pływalni, jak wbić swoje ciało w tak małą piankę. Jesienią ten problem wraca, kiedy przychodzi czas na wybór kozaków. I przypomniałam sobie o mailu, który dostałam kilka dni temu:

„Aniu, czy zauważyłaś, że od biegania urosły Ci łydki? Bo mi urosły i bardzo mnie to martwi. Jeśli jest taka zależność, to od jutra nie biegam”. Tak, urosły mi łydki, generalnie, odkąd trenuję (nie tylko bieganie) mam nieco większe nogi, bardziej umięśnione ręce.

Ale ja nigdy nie byłam filigranowa. Zawsze miałam nieco większy tyłek, na brak cycka też nie mogłam narzekać. W podstawówce każdy kolega, który ze mną siedział w ławce, ryzykował tym, że nie zda do następnej klasy, bo miseczka D siedząca tuż obok była o wiele bardziej interesująca niż geometria przestrzenna, czy historia Polski.

Oto i ów dekolt:
11249560_927389973949706_4140940558869400515_n

I zdarzały się momenty, że tego tyłka czy cycka było sporo mniej, ale wiązało się to szalonymi dietami nastolatek i bardzo mądrymi pomysłami typu: „To ja przez trzy dni nic nie będę jeść”. Pewnego dnia dotarło do mnie (lepiej późno niż wcale), że do najzdrowszych pomysłów to nie należy. Oświeciło mnie i pojawiła się inna myśl: ja po prostu chcę być zdrowa i szczęśliwa. Postawiłam na ruch i dobre odżywianie. Tutaj też wiele eksperymentowałam, bo każdy radził co innego i ciężko było zachować w tym wszystkim umiar.

Węglowodany to zło – mówili jedni. Trzeba przestawić organizm na to, by energię czerpał z tłuszczy. Dlaczego w twojej diecie jest tak mało weglowodanów? – krzyczeli następni. No i bądź tu Panie mądry. Sporo czytałam, pytałam, poszłam do szkoły, by samej się trochę dokształcić w tym temacie. Przechodziłam przez różne fazy, czasem byłam bardzo ekstremalna i obsesyjna. Wyglądałam świetnie, najlepiej jak na mnie, ale czy byłam szczęśliwa? Śliniłam się na widok jabłka czy mango, bo cukier to zło. No i na co komu znerwicowana baba bez cycka i tyłka? No ale wiecie: za to z mniejszą łydką 🙂
11401270_930821990273171_116161081489862294_n

Po co ten post? Pisze go dlatego, bo wiem, że nie jestem sama. Wiem, że tak samo jak ja, wstajecie rano, patrzycie w lustro i myślicie: cholera, czemu nie wyglądam jak ta babka z okładki Cosmopolitan czy innego kolorowego magazynu? Przecież tyle ćwiczę, zdrowo się odżywiam. No właśnie! Nie ukrywam, że nie jestem teraz w swojej szczytowej formie. Wskazówka na wadze pokazuje o 4kg więcej niż bym sobie tego życzyła. Miałam bardzo ciężki okres: mało spałam, nie miałam czasu na regularne jedzenie, kontuzja pomieszała w moich planach treningowych. Ale spokojnie!
thumb_IMG_2089_1024

Najważniejsze to wyciągać wnioski. Zastanowiłam się nad swoim życiem, poukładałam je. Wysypiam się, wróciłam do kuchni, z przyjemnością gotuję, wymyślam nowe dania i odżywiam siebie i moich bliskich najlepiej jak się da. Zrozumiałam, co jest dla mnie najważniejsze i że nie wolno się zatracić. Nie ma żadnej przesady, wszystko w granicach zdrowego rozsądku. Kontuzja sama sobie wreszcie poszła, kiedy znalazłam czas na regenerację, a ja, mimo tego, że ten cycek znowu rozmiarem przypomina ten z podstawówki, a tyłek ledwo mieści się w legginsach, dostaję każdego dnia tyle komplementów, ile nie dostawałam. Dlaczego? Bo się uśmiecham, bo jestem szczęśliwa, a taka radość jest piękna i przyciąga innych.
IMG_0757

Dlatego nie bójmy się większych łydek, cieszmy się z cycka i tyłka i po prostu dbajmy o to, by żyć zdrowo i aktywnie. Wiem, że to trudne w świecie six packów i bardzo szczupłych modelek, ale da się. Bądźmy najlepszą wersją siebie, ale zdrową i szczęśliwą. Proszę, niech to będzie spóźniony prezent urodzinowy dla mnie!

7 powodów, dla których warto biegać rano!

Już trochę mnie znasz. Tak, to ja, Panna Anna, która często wkurza cię z samego rana uśmiechniętą, potarganą, zapoconą fotką i okrzykami zachwytu na temat tego, jak to cudownie wstać z samego rana i pobiegać.

selfie

Ty przewracasz się właśnie z boku na bok, usiłujesz ze wszystkich sił otworzyć oczy, ale średnio to idzie. W telefonie ustawiasz opcję „drzemka”, żeby jeszcze pospać te kilka minut. W końcu wstajesz, bierzesz do ręki telefon, żeby dobrze wykorzystać ten czas, który dajesz sobie na zebranie sił i przeglądasz fejsika. Widzisz mnie i nienawidzisz. Już setki razy chciałeś mnie „odlajkować”, być może nawet to zrobiłeś. Wcale ci się nie dziwię, ten entuzjazm o poranku może być naprawdę irytujący. Tylko zauważ, że ja się wycwaniłam i najczęściej wrzucam fotki już w trakcie treningu lub po. Dlaczego? Bo dopiero wtedy tryskam energią. Wstawać wcale mi się nie chce, dlatego ostatnio wręcz nie wstawałam, tylko biegałam pod koniec dnia. Ale późna wiosna to idealny moment, by spróbować jak to jest i na własnej skórze przetestować, czy życie rannego ptaszka jest dla ciebie. Dzień jest dłuższy, cieplejszy i aż prosi się o to, by go wydłużyć. Warto, oto kilka powodów:

1. Masz energię na cały dzień

korpo
Myślisz, że jeśli wstaniesz godzinkę wcześniej, to będziesz senny? Nic podobnego! Naszykuj sobie wszystko wieczorem poprzedniego dnia (strój na trening, ubranie do pracy, produkty na śniadanie), żebyś nie musiał wstawać dużo wcześniej. Wstań, przemyj twarz zimną wodą i od razu wskocz w buty biegowe. Pokonanie pierwszych metrów może trudne, ale i tak zawsze warto poświęcić kilkanaście minut na trucht, żeby się rozgrzać. Po kilku kilometrach poczujesz się zdecydowanie lepiej, a gdy wrócisz do domu, poczujesz moc! Nie będzie potrzebna kawa!

2. Główka pracuje
Nie wiem czy to tlen, otoczenie – staram się biegać w malowniczych parkach, podniesione tętno czy coś jeszcze, ale podczas porannych treningów zawsze do głowy przychodzą mi najlepsze pomysły. Czasem jest ich tak wiele, że już zapominam o bieganiu, a myślę tylko o tym, by wpaść do domu i zacząć działać! Lubię ten stan. Jak na kompletnym haju!

3. Nie zaskoczą cię problemy żołądkowe
Jeśli biegasz rano i wybierasz lżejszy trening, zawsze możesz zrobić to na czczo. Dzięki temu unikniesz żołądkowych niespodzianek. Powiedzmy sobie szczerze: czasem, zdarza się, że w ciągu dnia zjemy coś, co mocno pokrzyżuje nam plany na aktywny wieczór. Ja np. mam wrażliwy żołądek, na który muszę uważać zarówno podczas zawodów w górach jak i przy najzwyklejszej przebieżce w parku, a kiedy biegam na czczo ograniczam ryzyko do minimum.

4. Dobrypatent dla tych, którzy się odchudzają
Sporo mówi się o tym, że poranne treningi na czczo są dobrym rozwiązaniem dla osób które chcą się pozbyć kilku centymetrów w pasie. Jak to się ma do rzeczywistości? Zapytałam kogoś, kto ma na ten temat największe pojęcie. Dr Jakub Czaja, specjalista ALE, jest dietetykiem, wykładowcą, ale też świetnym zawodnikiem:
– Generalnie, gdy chcemy maksymalnie wspomóc redukcję wagi, to przede wszystkim musimy się skupić na wykonywaniu treningu bez węglowodanów. Określenie „bez węglowodanów” oznacza, że nie powinniśmy ich spożywać ani przed treningiem, ani też w trakcie, bo nasz organizm automatycznie zaczyna z nich korzystać podczas biegu, a to oznacza, że nie spalamy tkanki tłuszczowej tak skutecznie, jakbyśmy tego chcieli. Sama pora nie ma aż takiego znaczenia. Ludzie często wykonują trening rano, by właśnie nie dostarczać wspomnianych węglowodanów, a tym samym wspomóc maksymalnie proces spalania tkanki tłuszczowej – wyjaśnia Jakub Czaja.

5. Śniadanie smakuje jak nigdy dotąd
Znasz to uczucie, kiedy podczas ostatnich kilometrów planujesz, co zjesz na śniadanie? Kiedy człowiek biega „na głodnego”, wyobraźnia działa jeszcze skuteczniej niż zazwyczaj. Już widzisz ten omlet, czujesz zapach zielonego smoothie, a kasza jaglana już się rozpuszcza w twoich ustach. Oj, choćby dlatego warto biegać – „po” jedzenie smakuje jak jeszcze nigdy.

musli

6. Widoki, cisza i spokój
Jasne, wszystko zależy od tego, gdzie biegasz. Wieczorem też może być bardzo przyjemnie, klimatycznie, istna romantoza. Jednak poranki mają w sobie coś urzekającego. Najbardziej lubię okres wczesnej wiosny, gdy jeszcze unosi się mgła i wszystko powoli budzi się do życia wraz z tobą. Jest cicho, pusto, nawet centrum Warszawy jest wtedy spokojne.

7

7. Wieczór jest dla ciebie
No i najważniejsze! Owszem, bieganie to jest czas dla ciebie. Wreszcie możesz się zrelaksować po całym dniu, oczyścić głowę, przewietrzyć się albo spuścić sobie prawdziwy wpierdziel w postaci ciężkiego treningu. Kto co lubi. Jednak na świecie jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy: możesz iść na ploty z koleżanką, na zakupy, do kina, teatru, poczytać książkę. Jest wiele możliwości i dzięki temu, że wstaniesz chwilę wcześniej, będziesz mógł zrobić jedno i drugie: pobiegać, a wieczorem zrelaksować się przy lampce ulubionego wina. Albo zaserwować sobie drugi trening 😉 Tym razem kilka spokojnych ćwiczeń na corestability, rozciąganie i sesję w saunie. O, takie dni też lubię 🙂

Słodycze bez cukru – część I: moje patenty na ciastka i lody

To nie jest tak, że ja nie lubię słodyczy. Wprost przeciwnie: uwielbiam ten moment, kiedy soczyste mango trafia do moich ust. Kocham smak dojrzałego ananasa, którego zapach unosi się w całej kuchni tuż po przekrojeniu. Lubię słodycz nerkowców, kakao, daktyli. Jednak już wiele lat temu dostrzegłam, jak bardzo różnią się te naturalne składniki od kupionego w sklepie ciastka czy batona. Dlatego w kuchni kombinuję i mówię poważnie: z owoców, orzechów czy mleka kokosowego jesteśmy w stanie wyczarować takie cuda, że bledną przy nich najlepsze na świecie lody. Serio! Oto kilka tricków Panny Anny:

Zamiast ciastek, placuszki owsiane

IMG_0178

Przepis jest banalnie prosty i oczywiście można go dowolnie modyfikować. Po raz pierwszy usłyszałam o tym patencie od dietetyczki Jagody Podkowskiej, która polecała to rozwiązanie osobom aktywnym, ale moja dzisiejsza wersja nie ma już prawie nic wspólnego z tamtą 😉 Tak to jest, że jak człowiek się da się ponieść, zaryzykuje i zacznie testować, to raptem kompletnie zmienia recepturę. Np. w tamtym przepisie dodawało się „białko” o smaku waniliowym, a mi zależało na tym, żeby żadnych cudów nie dodawać i postawić jedynie na naturalne składniki.

Składniki:

– płatki owsiane
– 3 jajka
– bakalie (dowolne orzechy, pestki, suszone owoce)
– kilka bananów
– 1 pomarańcza
– woda lub mleko kokosowe/sojowe/migdałowe

Przygotowanie:

Na początku przygotowujesz wszystko tak jak owsiankę: mieszasz płatki i bakalie (orzechy dobrze jest połamać, a suszone owoce pokroić na mniejsze cząstki), zalewasz wszystko odrobiną gorącej wody lub mleka kokosowego/sojowego/migdałowego.

ciastka z jajkiem

Po kilku minutach dodajesz dwa całe jajka oraz białko z trzeciego. Wszystko dokładnie mieszasz, nawet delikatnie ubijasz. Na rozgrzanej patelni rozpuszczasz łyżeczkę mała kokosowego i łyżką wylewasz małe porcje masy, tak, by uformować placuszki. Po kilku minutach przewracasz je na drugą stronę. Gotowe!

Moje dodatkowe patenty:

Żeby placuszki nie były zbyt suche, możesz na etapie tworzenia „owsianki” wkroić banana lub jabłko. Możesz tez polać całość jogurtem naturalnym lub samodzielnie przygotować mus (np. zblendować mango albo banana i truskawki). Placuszki świetnie smakują w jeszcze innym towarzystwie: na rozgrzaną patelnię wyciśnij sok z jednej pomarańczy i ułóż na niej przekrojone wzdłuż banany. Podsmaż je z każdej strony i podawaj na placuszkach.

IMG_0547

Zamiast lodów, mrożony banan z mlekiem kokosowym

Alternatywą dla lodów są sorbety, które uwielbiam (i też możesz wyczarować w domu cuda używając zamrożonych wcześniej owoców lub odwrotnie – zamrażając przygotowany wcześniej mus), ale powiedzmy sobie szczerze: czasem każdy z nas ma ochotę na takie śmietankowe albo bakaliowe szaleństwo. Mrożone jogurty działają na mnie tak, że później pól dnia umieram i mam tak wzdęty brzuch, jakbym była w 8. miesiącu ciąży, więc musiałam wymyślić coś innego. Kiedyś koleżanka na treningu powiedziała mi, że mrożone banany smakują niebiańsko. Wystarczy obrać banana, wrzucić na kilka godzin do lodówki i zblendować. Faktycznie, smakuje bosko. Ale ja poeksperymentowałam i mam nową recepturę, która jest jeszcze bardziej kremowa i smakuje tak obłędnie, że już nawet Haagen Danz wymięka, serio 🙂

lody na balkonie

Do blendera czy jakiegokolwiek innego robota kuchennego (ja akurat nie rozstaję się ostatnio z Nutribulletem, bo mam małą kuchnię, a w nim mogę zrobić i koktajle, i lody, i sosy do sałatek, i mleko migdałowe) wrzucamy pokrojonego w kawałki zmrożonego banana, dodajemy łyżkę masła orzechowego (ja najbardziej lubię z orzechów nerkowca) i odrobinę mleka kokosowego z puszki. Wszystko blendujemy i przelewamy do kieliszka czy szklanki. Jeśli masz ochotę na coś, co bardziej przypomina lody bakaliowe, zamiast masła orzechowego dodaj odrobinę rodzynek, suszoną żurawinę, a po zblendowaniu posyp całość orzechami. No niebo w gębie! Można się uzależnić! Spróbuj koniecznie!

lody z orzechami
A w przyszłym tygodniu będzie koktajlach i deserach z musli 🙂

Rusz tyłek!

„Powiedz mi tak szczerze, jak na spowiedzi – masz teraz ochotę iść na trening?” – zapytałam się wczoraj z premedytacją, kiedy leniwie spędzaliśmy wieczór na kanapie popijając sobie herbatkę. I mimo tego, że obydwoje lubimy biegać, ba, lubimy to za mało powiedziane, a pogoda za oknem aż zapraszała na trening, to alternatywa w postaci wieczoru w domu na tej wygodnej kanapie brzmiała bardzo kusząco. „Jak już wyjdę, to będzie mi się bardzo podobało” – odpowiedział dyplomatycznie. „Ale ja się nie pytam, czy będziesz zadowolony, jak wyjdziesz, tylko, czy chce Ci się teraz iść na trening” – wiadomo, kiedy Panna Anna zadaje takie pytanie patrząc prosto w oczy, trudno znaleźć dobrą odpowiedzieć. „Bo ja też będę szczęśliwa, jak już zacznę biegać i jedno jest pewne: i tak idziemy, nie ma innej opcji, ale gdybym miała tak w stu procentach szczerze odpowiedzieć, to nie chce mi się. Dobrze mi na tej kanapie” – odważyłam się na szczerość. „Ja też bym chętnie został” – w końcu się przyznał. Dziesięć minut później wskoczyliśmy w sportowe ciuszki i poszliśmy biegać. Każdy swoim tempem, swoją trasą, każdy szczęśliwy, że wyszedł. Ale wiem, że nie wszyscy są na tym etapie, że potrafią wyłączyć opcję „nie idę”. Dlatego dzisiaj kilka słów na ten temat.

DSC00535-kopia

Niby za oknem coraz częściej słońce, dzień się wydłużył i nie trzeba zrywać się z łóżka czując się tak, jakby był środek nocy. Wychodzisz z pracy i niespodzianka: wciąż jest jasno. Ptaki ćwierkają, powietrze pachnie wiosną – no dobra w centrum Warszawy niekoniecznie, ale też jest jakoś tak fajniej, lepiej, bardziej pozytywnie – aż chce się porzucić samochód czy znienawidzone środki komunikacji miejskiej i wszędzie iść na piechotę. Albo jeszcze lepiej: rzucić wszystko i po prostu biec przed siebie. I mimo tego, że aura jest dużo bardziej sprzyjająca niż kilka tygodni temu, to sił i chęci na trening brak. Przesilenie wiosenne? Tak to już z nami jest: jak nie jesienna deprecha, to sen zimowy, a potem wiosenne przesilenie. Latem z kolei męczą nas upały. Prawda jest taka, że zawsze znajdzie się powód do tego, by nie iść na trening, a my jesteśmy specjalistami, jeśli chodzi o szukanie wymówek i usprawiedliwianie samych siebie. Jeden z moich ulubionych zespołów Interpol ma w swoim repertuarze fragment, który często sobie nucę: „You don’t trust yourself for at least one minute each day” i tak to właśnie z nami jest: nawet sami sobie nie możemy zaufać, bo lubimy siebie troszkę pooszukiwać. No przyznaj się, ile razy postanowiłeś sobie, że w tym tygodniu nie tkniesz już niczego słodkiego i dwie godziny później sięgnąłeś po ciastko? Ale takie malutkie i tylko jedno, bo i tak nie zjadłeś drugiego śniadania i nic ci się od niego stanie. Przecież wybrałeś takie dobre, zdrowe, z pestkami dyni i nasionami. To takie ciastko fit właściwie można powiedzieć: jesz i chudniesz. Tak, każdy z nas jest mistrzem w tej grze. Myślisz, że ja siebie nie okłamuję? Postanawiam sobie coś i nigdy się nie łamię? Ależ łamię się tak samo jak ty! Dlatego dzisiaj sprzedam ci kilka swoich patentów, bo skoro mi pozwalają od 6 lat regularnie uprawiać sport i względnie zdrowo się odżywiać, to może i tobie pomogą. Spróbować nie zaszkodzi!

Nie zastanawiaj się, po prostu rób

Trenujesz rano? Ja też to bardzo lubię. Ale powiedzmy sobie szczerze: nie zawsze tuż po przebudzeniu masz siłę i ochotę na to, by wstać z łóżka godzinę wcześniej i iść pobiegać. Jeśli raz na jakiś czas pomyślisz sobie: odpuszczam, zostaję, wyśpię się i pójdę wieczorem albo w ogóle odpocznę, to nie ma w tym nic złego. Gorzej, jeśli ten leń odzywa się zbyt często.

Patent Panny Anny: ja często szykuję sobie strój na poranny trening jeszcze wieczorem poprzedniego dnia. Mam wszystko przygotowane w taki sposób, żeby spać jak najdłużej i maksymalnie skrócić czas o poranku na zastanawianie się czy mam siłę, czy jestem zregenerowana, czy nie lepiej byłoby iść wieczorem. Po prostu wstaję, przemywam twarz zimną wodą, wskakuję w sportowe ciuszki i idę biegać.

Trenujesz wieczorem? Tutaj też warto zastosować zasadę: idę na trening od razu po pracy, choć to bardzo indywidualna sprawa, bo znam ludzi, którzy lubią wrócić do domu, zjeść kolację, odpocząć i wyjść na trening późnym wieczorem. Dla mnie ryzyko tego, że zajmę się czymś na tyle mocno, że zastanie mnie noc, jest zbyt duże.

Patent Panny Anny: Gdy wybieram się na siłownię czy basen, biorę torbę z ubraniem do pracy, nawet jeśli miejsce, gdzie trenuję jest blisko domu. Jeśli idę pobiegać, wpadam do domu, od razu się przebieram, nie otwieram komputera, nie zaczynam podjadać tylko przebieram się i lecę na trening. Wyjątek robię tylko wtedy, kiedy umówię się z kimś na wspólne bieganie na konkretną godzinę.

O diecie myśl pozytywnie

lody

Każdy z nas lubi dobrze zjeść. Umówmy się, ta chwilowa rozkosz, kiedy jedna z twoich ulubionych pokus rozpuszcza ci się w ustach, jest na wagę złota. W końcu trenujesz, ciężko pracujesz, coś ci się od życia należy. Jasne i sama widzę po sobie, że w zdrowym odżywianiu najważniejsze jest nastawienie. Do momentu, w którym patrzę na siebie surowym okiem i myślę tak: „Anka, zapuściłaś się – źle śpisz, nie zwracasz uwagi na to, co jesz, żenada. Weź się w garść! Na razie możesz zapomnieć o makaronie, chlebie, winku” nic nie zdziałam. Będę tylko niezadowolona, że odmawiam sobie jakichś rzeczy. Wszystko zmienia się wtedy, gdy zaczynam patrzeć na siebie przychylnym okiem i dbać. „Mała, doprowadziłaś się do kiepskiego stanu. Już udało się wszystko pozamykać, teraz pilnuj, żeby więcej nie brać aż tylu rzeczy na raz na głowę i pora wracać do formy”. Zaczynam lepiej spać, eliminuję z diety to, co mi szkodzi – zdarza się, że przez kilka dni nawet ekstremalnie, wtedy raz na jakiś czas (rzadko) funduję sobie np. 2-3 dniowy detoks np. od cukru, a czasem od innych produktów, żeby przypomnieć sobie smaki, zapachy. Potem samo wchodzi mi w krew, by wybierać jak najmniej przetworzonej żywności. Wszystko spokojnie i naturalnie wraca do normy. Waga też. Do tego ja jestem bardziej szczęśliwa, mam więcej energii, skóra i włosy są w lepszej kondycji – no jakby nie patrzeć same plusy!

Ania plaski brzuch

Patent Panny Anny: na zdrowe odżywianie spójrz jak na prezent dla siebie samego, a nie pasmo wyrzeczeń. Przecież możesz wyczarować tyle pysznych rzeczy w kuchni i wcale nie potrzebujesz na to ani dużo czasu ani wybitnych umiejętności (ja mało czasu spędzam przy garach, ale lubię sobie eksperymentować, wymyślać). Warzywa, owoce, nasiona, orzechy, ryby, owoce morza dają tyle możliwości! Przestawiając się na zdrowe jedzenie zobaczysz jak zmienia się twoje ciało, ale też zauważysz lepsze samopoczucie. Poczujesz, że masz więcej energii, jesteś mniej zestresowany, szczęśliwszy, a przez to dużo bardziej atrakcyjny:) No nic tylko jeść zdrowo i regularnie trenować!

Na mnie działa, co ci szkodzi spróbować? Trzymam kciuki!